Spis treści:

1. Obliczenia, obserwacje i księgi zakazane...
2. Osiągnięcia naukowe XX wieku.
3. Pies i człowiek w kosmosie.
4. Sondy kosmiczne? Yes, Voyager!
5. Załogowe stacje orbitalne.
6. Kosmiczny Teleskop Hubble'a.
7. Ekstremalnie Głębokie Pole Hubble'a. Czy jest gdzieś koniec Wszechświata?
8. Od map nieba do wirtualnego teleskopu, czyli pomocne narzędzia + "Stellarium".
9. Astronomia i astrofotografia amatorska.
10. Lornetka Bresser 10x50 i obserwacje astronomiczne. (NOWY)
11. Monokular ZOMZ 20x60 i polowanie na Galaktykę Andromedy. (NOWY)


R E K L A M A




Obliczenia, obserwacje i księgi zakazane...

Człowiek od zarania dziejów z zaciekawieniem spoglądał w niebo. Owszem, nasze poczynania wciąż przypominają przygody bakterii w wielkim mieście, możemy jednak jako ludzkość ocenić nasze dotychczasowe dokonania i odkrycia jako znaczące. Już starożytni potrafili odróżnić gwiazdy od planet. Powstawały pierwsze katalogi ciał niebieskich. Babilończycy badali mi.in. cykliczność zaćmień Księżyca, a Grecy w III wieku p.n.e. byli w stanie wyliczyć rozmiary i wzajemne odległości Słońca, Ziemi i Księżyca. Wszystkie obserwacje przeprowadzano wówczas "gołym okiem", a Ziemia uważana była za centrum Wszechświata.




W 1509 roku Mikołaj Kopernik opracował zarys teorii heliocentrycznej, rozwinięty w swoim późniejszym dziele "O obrotach sfer niebieskich" (wydanym drukiem w 1543 roku). Kopernik korzystał z różnych przyrządów do obliczeń, nie mógł jeszcze jednak skorzystać z wynalazków optycznych. Dopiero w 1609 roku Galileusz użył do obserwacji teleskopu (o 20-krotnym powiększeniu). Dzięki temu wynalazkowi odkrył m.in. kratery na Księżycu oraz największe księżyce Jowisza. Teoria heliocentryczna była wówczas ostro zwalczana przez Kościół katolicki (wprowadzenie Indeksu ksiąg zakazanych, represje, areszt domowy, ciągłe procesy itp.).



Problemy z tego powodu miał już Kopernik, bardziej dotkliwie potraktowani zostali Galileusz i Kepler. Kepler w swoich publikacjach dowodził m.in., że orbity planet są eliptyczne. W 1687 roku Isaac Newton wyjaśnił prawa Keplera i określił orbity planet (Zasady dynamiki Newtona).
W połowie XVIII wieku teoria heliocentryczna cieszyła się już dużym poparciem środowisk naukowych, a do 1835 roku trwał powolny proces usuwania z Indeksu ksiąg zakazanych dzieł traktujących o heliocentryźmie.


Osiągnięcia naukowe XX wieku

W XX wieku dynamiczny rozwój nauki przyniósł wiele sensacyjnych odkryć. Wówczas zdobyliśmy większość posiadanej obecnie wiedzy. W 1912 roku Henrietta Leavitt badając gwiazdy pulsujące opracowała metodę pomiaru ich odległości (związek między jasnością i okresem pulsacji). Rok 1916 to z kolei teoria względności Alberta Einsteina.



Otworzyła ona wiele umysłów na sposób postrzegania Wszechświata. Prace Einsteina kontynuował m.in. Karl Schwarzschild - pionier współczesnej astrofizyki. Zajmował się głównie teorią ewolucji gwiazd oraz kwantami.

W 1924 roku Edwin Hubble udowodnił, że nasza galaktyka nie jest jedyną galaktyką we Wszechświecie, a także odkrył, że Wszechświat stale się rozszerza (początki teorii Wielkiego Wybuchu). Imieniem Hubble'a nazwany został wyniesiony na orbitę ziemską w 1990 roku kosmiczny teleskop.


Pies i człowiek w kosmosie

Po okresie wojennych zawieruch przyszedł czas tzw. "zimnej wojny" między USA a Związkiem Radzieckim. Upłynął on pod znakiem nie tylko wyścigu zbrojeń, ale również wyścigu kosmicznego. 4 października 1957 roku ZSRR wystrzelił Sputnika 1 - pierwszego sztucznego satelitę.



3 listopada 1957 roku rosyjska suczka Łajka jako pierwsze zwierzę odbyła podróż w kosmos (niestety tylko w jedną stronę, gdyż nie planowano jej bezpiecznego sprowadzenia z powrotem na Ziemię), a 12 kwietnia 1961 r. - pierwszy człowiek w kosmosie - Jurij Gagarin - okrążył orbitę Ziemi w czasie 1 godziny i 48 minut (Misja Wostok 1). Było więc jasne, że amerykańska NASA przegrała wyścig o to, kto pierwszy wyśle człowieka w kosmos. Od tej pory zarówno Rosjanie i Amerykanie wielokrotnie odbywali załogowe loty na orbitę okołoziemską. W grudniu 1968 roku Amerykanie odbyli lot załogowy dziesięciokrotnie okrążając Księżyc (Misja Apollo 8). W maju 1969 roku Misja Apollo 10 przeprowadziła wszystkie manewry przyszłej misji Apollo 11 oprócz lądowania na Księżycu (załoga zbliżyła się na 15 km wysokości od powierzchni Księżyca).



Epokowy moment lądowania ludzi na Księżycu nastąpił 20 lipca 1969 roku. Pierwsi ludzie na powierzchni księżyca to Neil Armstrong i Edwin Aldrin Jr. Misja Apollo 11 była wielkim sukcesem i sprawiła, że NASA mogła zapomnieć o wcześniejszych niepowodzeniach i przegranych wyścigach z ZSRR.


Sondy kosmiczne? Yes, Voyager!

Zagadnienie bezzałogowych sond badawczych to temat - rzeka. Ja sentymentalnie skupię się na sondzie Voyager 1. Sentymentalnie, bo sonda ta wystrzelona została przez NASA w 1977 roku, a wtedy powołany do życia zostałem również ja ;) Co najważniejsze mój "rówieśnik" wciąż ma się dobrze! Voyager 1 jest najdalszym i ciągle działającym obiektem wysłanym w kosmos przez człowieka! Sonda porusza się obecnie z zawrotną prędkością ok. 17 km na sekundę, a wysyłane przez nią informacje drogą radiową docierają na Ziemię w ciągu 16 godzin!



Jak udało się sondzie rozwinąć taką prędkość? Otóż Voyager 1 wykorzystuje technikę przyspieszania w polu grawitacyjnym planet! Jeżeli chodzi zaś o zasilanie wszystkich przyrządów, to realizowane ono jest za pomocą rozpadu radioaktywnego plutonu. Sonda do tej pory przekazała mnóstwo zdjęć planet i ich księżyców, a także ogromną ilość danych, które naukowcy analizują latami. 17 lutego 1998 r. Voyager 1 znalazł się w większej odległości od Słońca (69,4 jednostek astronomicznych - j.a. to średnia odległość Ziemi od Słońca), niż wystrzelony w 1972 r. Pioneer 10. Tym sposobem "Podróżnik" ustanowił nowy rekord. 16 grudnia 2004 r., w odległości 94,01 j.a. od Słońca, sonda przekroczyła granicę szoku końcowego heliosfery i znalazła się w obszarze płaszcza Układu Słonecznego.



Zbędne instrumenty na pokładzie sondy są po kolei wyłączane. NASA szacuje, że do utrzymania ostatnich urządzeń wystarczy energii do około 2025 roku.
17 kwietnia 2011 roku Voyager 1 znajdował się w odległości większej niż 17 471 088 429 km (116,787 j.a.) od Słońca. Niesamowite jest to, że pomimo różnych problemów technicznych, konieczności wielokrotnego przeprogramowania itp. sonda wciąż daje sobie radę z przesyłaniem danych i ciągle dostarcza bezcenne informacje. Bliźniacza sonda - Voyager 2 - wprawdzie nie dotarła tak daleko, ale za to jako jedyna dotarła do Urana i Neptuna. Według naukowców obie sondy opuszczą nasz układ planetarny za kilka lat. Co ciekawe w sondach kryją się niespodzianki dla ewentualnych obcych cywilizacji, które mogłyby owe ziemskie urządzenia przechwycić. Są to 12-calowe pozłacane płyty gramofonowe, na których zarejestrowano zdjęcia, dźwięki Ziemi, pozdrowienia w 55 językach i muzykę z różnych regionów świata. Wszystko można obejrzeć i posłuchać na stronie www.goldenrecord.org! :) Na drugiej stronie płyt znajdują się symbole graficzne.



Jakkolwiek abstrakcyjnie to zabrzmi, według obliczeń w roku 40272 Voyager 1 minie gwiazdę AC+79 3888 w gwiazdozbiorze Żyrafy w najmniejszej odległości wynoszącej 1,64 roku świetlnego. Na deser garść zdjęć wykonanych przez "Podróżnika".



WIĘCEJ O MISJACH VOYAGER na stronie NASA: www.nasa.gov/voyager!


Załogowe stacje orbitalne

Historia załogowych stacji orbitalnych jest dosyć krótka. Początkowo były to obiekty wysyłane na orbitę w całości wraz z całym niezbędnym zaopatrzeniem. Pierwsze były radziecka seria stacji Salut 1-7 (1971-1991) oraz amerykańska Skylab (1973-1979). Dużym postępem była zbudowana przez Rosjan pierwsza modularna stacja Mir (1986-2001). Kosmonauci-rekordziści przebywali na niej ponad rok bez przerwy! (m.in. Walerij Polakow - prawie 438 dni). Stacja Mir została w 2001 roku w sposób kontrolowany sprowadzona z orbity (spaliła się w atmosferze, a resztki spadły do Pacyfiku). Obecnie wokół Ziemi krąży Międzynarodowa Stacja Kosmiczna. Pierwsze jej elementy wyniesiono na orbitę w 1998 roku i od tej pory jest systematycznie rozbudowywana. Od 2000 roku przebywają na niej ludzie transportowani przez amerykańskie wahadłowce oraz rosyjskie statki kosmiczne Sojuz i Progress. Na stacji może przebywać 6-osobowa załoga. MSK z powodu swych dużych rozmiarów i baterii słonecznych odbijających światło jest doskonale widoczna z Ziemi. Od 2001 roku stacja przyjmuje na swój pokład gości, którzy są w stanie zapłacić kosmiczne pieniądze za taką kosmiczną wycieczkę ;) Pierwszym kosmicznym turystą był amerykański milioner Dennis Tito. Niestety MSK ma rosnącą rzeszę przeciwników, którzy uważają stację za zbyt drogą w utrzymaniu (łączny koszt ma przekroczyć 100 mld dolarów). Z drugiej jednak strony zdobywana dzięki stacji wiedza jest bezcenna. Dotyczy ona głównie badań mikrograwitacji, działania ludzkiego organizmu i prowadzenia upraw w trudnych warunkach. Prezydent Bush planował likwidację MSK, jednakże administracja prezydenta Obamy uratowała projekt i zdecydowała finansować go do roku 2020, pomimo, że do tej pory nie przyniósł on żadnego przełomowego odkrycia.





Kosmiczny Teleskop Hubble'a

Pomysł unieszczenia teleskopu na orbicie Ziemi powstał już w 1923 roku. Do czasu realizacji minęło jednak wiele lat, które upłynęły pod znakiem ciągłych problemów technicznych. Dodatkowo katastrofa promu Challenger w 1986 roku, w której zginęła cała 7-osobowa załoga opóźniła transport teleskopu o kolejne 4 lata. Został on wyniesiony na orbitę przez prom kosmiczny Discovery 24 kwietnia 1990 roku. Nieustanne serwisowanie teleskopu ma mu zapewnić bezproblemową pracę do 2013 roku. Wówczas zostanie on zastąpiony Kosmicznym Teleskopem Jamesa Webba. Teleskop Hubble'a pozwolił na dokonanie wielu przełomowych odkryć, zwiększenie dokładności pomiarów oraz wykonanie najdalej sięgających zdjęć astronomicznych.



Dzięki zaawansowanym obserwacjom pojawiła się także teoria głosząca, że rozszerzanie się wszechświata nie jest procesem zwalniającym, a wręcz przyspieszającym. Przyczyna tego zjawiska wciąż nie jest znana. Dzięki teleskopowi Hubble'a udało się również potwierdzić powszechne występowanie tzw. czarnych dziur w centrach galaktyk, a nawet znaleźć związek ich masy z rozmiarami galaktyk. W 1994 roku możliwa była obserwacja zderzenia komety Shoemaker-Levy 9 z Jowiszem. Inne ważne odkrycia to m.in. dyski protoplanetarne w Wielkiej Mgławicy w Orionie oraz dowód na istnienie planet pozasłonecznych krążących naokoło gwiazd podobnych do Słońca. Niestety czas pracy Teleskopu Hubble'a dobiega końca (dotychczas dokonane naprawy pozwolą mu działać do roku 2013). Drugim teleskopem kosmicznym wyniesionym na orbitę ma być Teleskop James'a Webb'a. NASA walczy obecnie o fundusze na dokończenie tego projektu. Podobno jest na to szansa dopiero w roku 2015. Jak zwykle chodzi o wielką politykę. Na osłodę zdjęcia wykonane Teleskopem Hubble'a:




Więcej zdjęć z Hubble'a na stronie www.hubblesite.org/gallery/album/entire



Ekstremalnie Głębokie Pole Hubble'a.
Czy jest gdzieś koniec Wszechświata?

We wrześniu 2012 r. otrzymaliśmy kolejny dowód na to, jak genialnym projektem jest Teleskop Hubble'a. A chodzi o zdjęcie zwane "eXtreme Deep Field" (XDF). Jest to, mówiąc najogólniej, fotografia najdalej sięgająca (jak do tej pory) w głąb Wszechświata. Chodzi o malutki fragment konstelacji Piec (Fornax). "Fotografia" jest niezbyt trafionym terminem, zważywszy ile pracy trzeba było wykonać by uzyskać taki obraz (składa się na niego około 2000 zdjęć wykonanych między czerwcem 2002 r. a marcem 2012 r.). Ciężko w to uwierzyć, ale na wycinku tym widać około 5 500 galaktyk. Odległość tych najdalszych od Ziemi wynosi - bagatelka - około 13,2 mld lat świetlnych! Oznacza to również, że mamy tutaj do czynienia z olbrzymią wartością historyczną tej astrofotki, bo widzimy na niej jak wyglądały te galaktyki 13,2 mld lat temu! (Tyle właśnie czasu potrzebowało światło by przebyć drogę do Ziemi). To niezły zasięg, skoro wiek Wszechświata określa się na około 13,7 mld lat.

Samo się nasuwa pytanie - czy ilość galaktyk jest wartością skończoną? A co za tym idzie - ilość gwiazd, planet wokół nich krążących? Naukowcom niby udało się wyliczyć, że widzialna średnica Wszechświata, to około 93 mld lat świetlnych. Czyżby więc był gdzieś koniec tego wszystkiego? Dobre pytanie. Jakby tego było mało okazuje się, że tylko 4% składu Wszechświata to zwykła, znana nam, materia. Ta lwia część określana jest jako tzw. ciemna energia (ok. 70 %) i ciemna materia (ok. 25 %). Ich natury oczywiście jeszcze nie znamy. Wiemy tylko, że ciemna materia, podobnie jak zwykła materia oddziałuje grawitacyjnie zwalniając rozszerzanie się Wszechświata, a ciemna energia powoduje przyspieszanie tego rozszerzania. Wszystkie dotychczasowe obserwacje potwierdzają słuszność teorii Wielkiego Wybuchu (bardziej na miejscu byłoby określenie Wielkiego Rozszerzania, bo nic tu nie eksplodowało). Pewne jest również, że tempo rozszerzania stale przyspiesza.

Tam gdzie kończy się wiedza, pole popisu ma filozofia. Jedna z teorii głosi, że istnieje wiele równoległych wszechświatów. Niestety większość takich teorii jest mało wartościowych, skoro same zastrzegają, że nie ma możliwości ich udowodnienia w sposób doświadczalny. Jedyna wartość to taka, że tworzymy listę różnych możliwych scenariuszów, na poparcie których być może kiedyś będziemy potrafili zdobyć dowody.

KLIKNIJ TUTAJ ŻEBY OBEJRZEĆ ORYGINALNE ZDJĘCIE (TIFF 12,54 MB, 2382 × 2078 px)

Najprawdopodobniej to ostatnie tak spektakularne foto z Teleskopu Hubble'a - w 2013 roku kończy działalność!



Od map nieba do wirtualnego teleskopu,
czyli pomocne narzędzia + "Stellarium".

Często patrząc na jasny obiekt na niebie zastanawiamy się co to za gwiazda tak mocno świeci. Tymczasem jesteśmy nieświadomi tego, że widzimy tak naprawdę jedną z planet układu słonecznego (zazwyczaj Wenus, albo Jowisza). Z pomocą przychodzą nam różnego rodzaju mapy nieba. Jeżeli nie mamy pod ręką komputera, bardzo przydatna może być tzw. obrotowa mapa nieba, najczęściej wykonana z kartonu, plastiku, lub nawet świecąca w ciemności.



Oczywiście taka mapa musi być "zlokalizowana", więc potrzebujemy wersji opracowanej dla Polski. Naturalnie nie znajdziemy na niej planet, lecz gwiazdozbiory, gwiazdy widoczne gołym okiem oraz część obiektów mgławicowych z katalogu Messiera. Opisanie ruchu planet wymagałoby bardziej skomplikowanej budowy mapy. My tymczasem na takiej "obracance" możemy sobie ustawić dokładną datę, godzinę i odnaleźć bez problemu interesujący nas obszar do obserwacji.

Jeżeli jednak przypadkiem mamy pod ręką komputer, to już zupełnie inna historia. Moją pierwszą komputerową mapą nieba był dodatek typu "planetarium" do Encyklopedii Wszechświata Optimus Pascal. Program po wpisaniu współrzędych lokalizacji, daty i godziny pozwalał symulować wygląd nieba i "rozglądać się" po nim. Dzięki temu poczyniłem pierwsze obserwacje Wenus, Jowisza, Saturna i Marsa (wystarczyła zwykła lornetka, choć i gołym wprawnym okiem wbrew pozorom można sporo zobaczyć).

Obecnie, czyli w 2012 roku, mamy do dyspozycji całą masę wirtualnych map nieba, w tym całkiem sporo darmowych narzędzi. Są to programy o różnym stopniu skomplikowania, więc każdy powinien znaleźć coś odpowiedniego dla siebie.

Na mnie ogromne wrażenie zrobił program "Stellarium", który nie dość, że jest zupełnie darmowy, to na dodatek najbardziej efektowny, efekciarski i jednocześnie prosty w obsłudze, z polską wersją językową. Wystarczy tylko nadmienić, że jest to program używany w planetariach do animowanych pokazów. Po kilku chwilach od jego uruchomienia zaczynamy kumać dlaczego...



Widok jest BARDZO REALISTYCZNY o każdej porze dnia i nocy. Możemy nawet obserwować takie zjawiska jak wschód i zachód Słońca. Pierwszym krokiem jest wybór lokalizacji. Świetnie, że nie musimy znać współrzędnych. Możemy po prostu wybrać miejscowość z listy! Następnie ustawiamy interesującą nas datę i czas (ikonka na pasku lub klawisz F5). Sprawdzimy z czym to się je na przykładzie mojego ulubionego ostatnimi czasy obiektu - Wielkiej Mgławicy w Orionie. Program pozwala oczywiście na włączanie/wyłączanie wyświetlania różnych informacji na ekranie. Mamy też wyszukiwarkę obiektów po nazwach, która automatycznie centruje nam widok na szukanym obiekcie. Dla zwiększenia realizmu mamy widok z terenem ziemskim, ale oczywiście w każdej chwili możemy go wyłączyć, jeśli chcemy zobaczyć co się dzieje poniżej linii horyzontu. Po kliknięciu danego obiektu, w lewym górnym rogu wyświetlają się szczegółowe informacje o nim, np. odległość. Fantastyczne jest również to, że wszystkie obiekty są w ruchu i możemy dowolnie tym ruchem sterować. Realizm maksymalny - obserwowany obiekt zdaje się uciekać nam z pola widzenia, zupełnie jak w rzeczywistości! Jak już wcześniej zapowiadałem bierzemy "na tapetę" gwiazdozbiór Oriona, zwany przeze mnie "ósemką". Jest to niewątpliwie jedna z najładniejszych i najciekawszych konstelacji na naszym niebie. Łatwo poznamy ją po trzech charakterystycznych gwiazdach w centrum - ułożonych w jednej linii (tzw. Pas Oriona).



Teraz kółkiem w myszy nieco przybliżamy widok (możemy poczuć się prawie jak właściciele superteleskopu). Poniżej Pasa Oriona majaczy lekka mgiełka. W "realu" zobaczymy ją gołym okiem. Jaśniejsza jej część to właśnie Wielka Mgławica w Orionie.



Tak to wygląda podczas obserwacji okiem "nieuzbrojonym". Czas wypróbować nasz wirtualny teleskop! Przybliżamy mgławicę jeszcze bardziej...



Trzeba przyznać, że takie powiększenie uzyskane w realnym teleskopie byłoby już naprawdę satysfakcjonujące! Nie ma już żadnych wątpliwości, że patrzymy na mgławicę. To jednak nie koniec możliwości programu. Wyciskamy z niego ostatnie soki (a raczej z wykorzystanych w nim zdjęć). Prawda, że piękny widok?



Dzięki takim widokom nie trudno zarazić się astronomią. Dla porównania zdjęcie wykonane przez teleskop Hubble'a. Dzięki temu, że nie ma on problemów związanych z zakłóceniami obrazu przez ziemską atmosferę ilość szczegółów na fotografii przyprawia o zawrót głowy!



Jak widać na załączonym obrazku idea orbitującego kosmicznego teleskopu była strzałem w dziesiątkę. Pytanie, czy znajdą się fundusze na jego następcę. Tym retorycznym pytaniem kończy się nasza podróż do Wielkiej Mgławicy w Orionie.


Astronomia i astrofotografia amatorska

W życiu każdego wielbiciela nowinek z kosmosu przychodzi moment na refleksję pod tytułem "A może kupię sobie teleskop?". Nawet ja, średnio zainteresowany tematem, miałem takich momentów kilka. W tym miejscu zastanowimy się nieco głębiej jak w ogóle do tematu się przymierzać.

Budżet. Świnka-skarbonka, czy kredyt w banku?

Kiedy nie wiadomo o co chodzi, oczywiście chodzi o kasę. Co zrobić, by nie narazić się na ból głowy? Używać lornetki i laptopa ze "Stellarium". Serio. Wciąż chcemy mieć teleskop? Zaglądamy do portfela i już na wstępie zaczynają się schody. Większość zechce kupić teleskop mieszcząc się w przedziale 200 - 600 zł. I słusznie, bo skoro to ma być nasz pierwszy sprzęt tego typu, to lepiej nie wydawać za wiele. Zawsze może się potem okazać, że mieliśmy "słomiany zapał". Sęk w tym, żeby jednocześnie nie kupić takiego badziewia, które skutecznie nas zniechęci do obserwacji. Fachowcy siedzący na forach internetowych w znakomitej większości polecą nam sprzęty w cenie powyżej 1000 zł., ale to wcale nie oznacza, że będzie to najlepszy wybór dla każdego. Wbrew pozorom pytanie o budżet nie jest najważniejsze. Zadajmy sobie jeszcze ważniejsze pytania:

Po co nam teleskop? Czego po nim oczekujemy? Co chcielibyśmy w nim zobaczyć?

Prawda jest taka, że jeśli oczekujemy widoków jak w "Stellarium", to w większości przypadków będziemy rozczarowani. Okaże się, że niezbędna jest podróż za miasto z dala od "light pollution", albo, że mamy badziewny statyw i obraz ucieka, albo, że od kilku dni jest zła pogoda i nie widać NIC, albo jak już widać, to obraz jest nieostry itd. A jak już jest ostry, to chcielibyśmy go jeszcze przybliżyć, ale to już koniec możliwości sprzętu... Nadal kupujemy teleskop?

Z powyższych rozważań wynika, że musimy wykazać się sporą cierpliwością i nieco hamować na początku swój apetyt. Jeżeli chcemy rozpocząć swoją przygodę od taniej, małej i poręcznej zabaweczki, możemy wypróbować np. Celestron N-76 FirstScope. Jeżeli zaś ulegamy presji doświadczonych astroforumowiczów i chcemy wystartować z telepem, którym można się już śmiało chwalić oraz nie przerażają nas jego rozmiary i cena, to mój wybór padłby na Sky-Watcher SYNTA 8 DOBSON. Może trochę kontrowersyjnie zestawiam dwa teleskopy z różnych bajek, pomijając wiele modeli pomiędzy nimi, ale stawiam sprawę jasno - albo zabawa, albo poważniejsza zabawa ;)



Na wstępie warto zaznaczyć, że oba teleskopy to tzw. reflektory Newtona. Ten typ teleskopu raczej kiepsko sprawuje się w warunkach miejskich i najlepsze wyniki można uzyskać udając się na przysłowiową "wiochę". Do miasta specjaliści polecają tzw. refraktory, czyli mówiąc po ludzku - lunety.

A'propos - mam nadzieję, że tego "artykułu" nie czyta żaden specjalista, a jeżeli czyta, to niech tego nie robi. Ryzykuje, że przysłowiowa dupa mu odpadnie ze śmiechu ;)

Celestron N-76 FirstScope IYA

Zabaweczkę tę możemy już nabyć za około 170 - 200 zł. (2012 rok). Jest to najmniejszy chyba teleskop typu "reflektor Newtona" (rodzaj teleskopu posiadających lustro). Jego największą zaletą niewątpliwie są małe rozmiary i prosta budowa, pozwalająca postawić go np. na parapecie okna. Waży nieco powyżej 1,5 kg. Producent zapewnia, że zobaczymy z jego pomocą m. in. kratery na Księżycu, 4 księżyce Jowisza, czy też fazy Wenus, więc chyba nieźle jak na "zabawkę". W zestawie mamy dwa okulary, a największe powiększenie jakie otrzymamy przy pomocy jednego z nich to 75x. Za dodatkowe 69 złociszy możemy dokupić dodatkowe akcesoria (2 okulary, filtr księżycowy, szukacz, torbę oraz cd z oprogramowaniem). Podstawowe pytanie - czy warto go kupić?

Fachowcy od razu zakrzykną gromko "NIE!". Tak, zgadza się - jest to produkt masowy, ale metodą małych kroków - od obserwacji gołym okiem, lornetką itp. - do takiej zabawki... Postęp może być zauważalny. Przyznam się, że ja osobiście poważnie rozważam kupno tego teleskopiku, głównie mając na uwadze jego rozmiary i atrakcyjną cenę. Jeżeli mamy dzieci, taki zakup na pewno nie będzie wydatkiem zmarnowanym. Podobno największą wadą jest brak możliwości dokładnego śledzenia obiektów. Skupiamy się na tym, jak zmienić kierunek lufy, a w tym czasie obiekt nam ucieka. Potrafię sobie wyobrazić jakie to musi być wkurzające. Co ciekawe podobny problem będziemy mieć w przypadku Synty 8. Wygląda na to, że do porównania będę musiał jeszcze dodać trzeci teleskop, w którym taki problem nie występuje (czyli coś ze statywem umożliwiającym tzw. mikroruchy).

Poniżej zdjęcia uzyskane przez FirstScope'a (Księżyc i Jowisz z księżycami). Należy jednak nadmienić, że zdjęcia te wykonano za pomocą specjalnych kamerek video, więc obraz może się nieco różnić od tego, co zobaczymy przytykając samo oko. Znaczy się może być zarówno lepszy, jak i gorszy! Na drugiej focie widać, że kamerka trochę zniekształciła widok, bo jeden z księżyców Jowisza wyszedł podwójnie.



Szału nie ma, no ale ludzie, czego się spodziewać za mniej niż dwie stówy?! Czas na wnioski. Jeżeli mamy dzieci, którym będziemy chcieli zaszczepić kosmicznego "bakcyla", chcemy COŚ pooglądać - zamiast wypić 60 browarków - kupujmy i testujmy. Jeżeli nie mamy dzieci i wiemy CO chcemy oglądać, a browary wypijemy tak, czy siak - BROŃ BOŻE NIE KUPUJMY TEGO SZAJSU ;) Pomimo, iż jest to teleskop, który zyskał tytuł Produktu Międzynarodowego Roku Astronomii 2009, to tylko ZABAWKA! Nie zapominajmy o tym! Nagrodę dostał tylko dlatego, że każdego pierdołę na niego stać, a nie za wybitną jakość wykonania! :D

Sky-Watcher SYNTA 8 DOBSON

Oto cacko, które polecą nam zapewne specjaliści i zaawansowani amatorzy. Wersja 8 cali kosztuje obecnie (2012 rok) około 1000 zł. Wersję 6-calową dostaniemy za jakieś 880 zł., więc chyba już lepiej dołożyć i kupić 8-calową. Oczywiście im większa średnica lufy, tym lepiej. Niestety wiąże się to też z wymiarami całego teleskopu. Na wyżej zamieszczonych zdjęciach widać doskonale, że SYNTA 8 do małych teleskopów nie należy. Raczej jej nie zapakujemy do plecaka, a i samochód lepiej mieć "kombi". Waży też sporo, bo około 20 kg. Maksymalne użyteczne powiększenie to 400x. Przy 75x FirstScope'a musi robić wrażenie. Tak, przy pomocy tej "armaty" zobaczymy mgławice, gromady gwiazd, galaktyki... Teleskop posiada również tzw. gwint T2, dzięki któremu podepniemy aparat foto (dostępne są w sprzedaży odpowiednie redukcje do lustrzanek wszystkich możliwych marek, z Canonem i Nikonem włącznie). Poniższe foty prezentują próbki możliwości obserwacyjnych tego sprzętu (Księżyc, Jowisz, Saturn). Podobnie jak w przypadku FirstScope'a są to zdjęcia z kamerek, więc obserwowane obiekty mogą w "realu" wyglądać lepiej, a nawet gorzej ;)



Bez problemu widać pasy na Jowiszu i pierścień Saturna. Należy jednak przypomnieć dosyć istotny mankament montażu Synty 8. Podobnie jak u FirstScope'a brak mechanizmu mikroruchów, który pozwoliłby na precyzyjne śledzenie obiektów. Wiadomo bowiem, że im większe powiększenie, tym większy też problem z szybkim "uciekaniem" obiektów z pola widzenia.
Wnioski? Idealnie byłoby mieszkać na wsi. Jeżeli jesteśmy pewni, że nie możemy żyć bez astronomii i jesteśmy skłonni wydać ponad tysiaka na hobby, to śmiało! Jest to jeden z najpopularniejszych teleskopów obecnie i wszędzie zbiera bardzo pochlebne recenzje. Nie ma również problemów z jego sprzedaniem, więc ryzyko nieudanej inwestycji jest bardzo niskie.

AND THE WINNER IS...



Celestron AstroMaster 70 EQ R-70/900

Niespodzianka! Do gry wkracza trzeci gracz. Jest to typowy refraktor (czyli coś jakby luneta). Posiada montaż paralaktyczny z mikroruchami. Sprawdzi się nie tylko na wsi, ale i w mieście. Na dodatek może służyć jako luneta ziemska do obserwacji np. przyrody lub podglądania jakiej marki teleskop mają sąsiedzi. Świetnie nada się do obserwacji Księżyca i planet. W pewnych warunkach może nawet lepiej niż Synta 8. Gromady gwiazd i mgławice również powinniśmy w nim obejrzeć. Jeżeli chodzi o jakość obrazu na pewno zmasakruje FirstScope'a (co nie jest trudne). Bez problemu zobaczymy np. pierścień Saturna. Maksymalne użyteczne powiększenie to 140x. Można więc na oko strzelić, że uzyskamy jakieś 3 razy mniejsze powiększenia niż oferuje Synta 8. Co najważniejsze cena tego teleskopu to około 450 zł. No i na pewno jest poręczniejszy od Synty 8 (mniejszy i lżejszy - 8 kg). Poniżej próbki jego możliwości (okulary o dużym powiększeniu). Księżyc i Saturn:




WNIOSKI KOŃCOWE:

Wygląda na to, że każdy wybór ma swoje plusy i minusy. FirstScope jest mały i tani (180 zł.), ale najprawdopodobniej prędko rzucimy nim o ścianę. AstroMaster jest uniwersalny, przystępny cenowo (450 zł.) i dobry jakościowo, ale chyba tylko podrażni nasz apetyt na coś większego. Synta 8 oferuje fantastyczne powiększenia, ale jest ciężka, wielgachna jak armata i droga (1090 zł.).

Ja wybrałbym chyba jednak AstroMajstra na swój pierwszy teleskop. Ewentualnie jakiś refraktor zbliżony cenowo i o podobnych właściwościach - koniecznie z mikroruchami. Z drugiej strony ciężko oprzeć się pokusie przetestowania FirstScope'a. Więc... wciąż polecam "Stellarium"! ;)


Lornetka Bresser 10x50 i obserwacje astronomiczne

Dziś "na tapetę" bierzemy popularny model lornetki niskobudżetowej, zwanej w pewnych kręgach "Lidletką". Jak łatwo się domyślić lornetka ta dostępna była w sieci sklepów Lidl. Powiem więcej - była dostępna wielokrotnie na przestrzeni ostatnich kilku lat. Na czym polega fenomen "Lidletki"? Postaram się pokrótce wyjaśnić, bo niedawno przekonałem się o tym na własnej skórze szukając czegoś taniego do obserwacji astronomicznych.

Cena, cena i jeszcze raz cena...

Trzeba przyznać, że cena grubo poniżej 90 zł. w przypadku takiego sprzętu musi robić wrażenie. A mówimy o lornetce nowej. Używane naturalnie można dorwać jeszcze taniej, ale jest to dosyć trudne ze względu na duże zapotrzebowanie na ten model Bressera. Naturalnie trzeba jeszcze trafić na dobry egzemplarz. Niestety zdarzały się buble.

Do czego to?

Jak już wspominałem na wstępie poszukiwałem lornetki typowo astronomicznej. Na dodatek taniej. Taki np. Nikon Action EX 10x50 kosztuje około 500 zł. Za takie pieniądze można już nabyć całkiem znośny teleskop. Po co w ogóle lornetka 10x50 do astro? Otóż okazuje się, że parametry 10x50 są wręcz idealne do przeglądu nieba. Niektóre rozległe obiekty w takiej lornetce wyglądają lepiej niż w teleskopie (zwłaszcza gromady gwiazd). Człowiek-podglądacz (tudzież amator przybliżania natury oddalonej typu "ptaszek") szukać będzie zapewne "bino" lub "mono" pozwalającego uzyskać duże powiększenia. Musi się jednak liczyć z tym, że do "długich luf" potrzebować będzie statywu, tymczasem 10x50 można bez problemu utrzymać w rękach.

Lornetka za 90 zeta?

Zapytacie czy tanie może być dobre. Otóż może. Trzymałem Nikona EX w rękach i powiem szczerze - jego jakość wykonania jawi się wzorowo. W przypadku Bressera szału nie ma - na pewno nie wygląda tak świetnie jak Nikon, ale na pewno pod tym względem lokuje się na średniej półce. Powiem więcej - "Lidleta" wykonana jest zaskakująco porządnie jak na sprzęt pięciokrotnie tańszy od Nikona. Odkręcane muszle oczne, to co trzeba "ogumowane", mechanika całkiem w porządku, bez luzów. Warto też nadmienić, że Bresser posiada pryzmaty BaK-4 stosowane w dużo droższych lornetkach. Wszystkie te cechy sprawiają, że "Lidletka" może stawać w szranki z modelami kilkukrotnie droższymi.

bino1.jpg

Star Wars, czyli test gwiezdny.

Jako, że obrazy dzienne w ogóle mnie nie rajcowały, czekałem niecierpliwie na lepszą pogodę by móc przetestować Bressera na gwiazdach. Powszechnie wiadomo, że jednym z wyznaczników jakości lornetki jest "punktowość" gwiazd. Jeżeli widzimy "krechy" to nie jest dobrze. Nie należy też patrzeć przez okno (szyby zniekształcają obraz, można ewentualnie próbować zmieniać kąt dla zniwelowania zniekształceń). Niestety pogoda długo nie dopisywała i dopiero po miesiącu udało mi się trafić na bezchmurne niebo (przez jakieś 20 minut).

Trzeba na wstępie zaznaczyć, że widoczność w dużym mieście jest mocno ograniczona przez tzw. Light Pollution, czyli "zanieczyszczenie świetlne". Poniżej mapka LP dla Polski. Można sobie na niej sprawdzić, gdzie najlepiej prowadzić obserwacje astronomiczne. Jeżeli mieszkasz na obszarze czarnym lub fioletowym, to masz ogromne szczęście! Rasowy astronom udaje się w Bieszczady (lub już tam mieszka) :)

lppoland.jpg

Pierwsze obserwacje astronomiczne.

Wcześniej była już mowa o tym, że lornetki 10x50 są w znakomitej większości na tyle lekkie, że ich ciężar nie wpływa zbytnio na komfort obserwacji. Owszem - obrazy dzienne (zazwyczaj duże i niezbyt odległe) raczej nie wymagają super precyzji. Sytuacja zmienia się jednak dramatycznie w momencie, kiedy nasze "lufy" skierujemy na gwiazdy i planety. Wtedy nawet delikatne drgania pogarszają ostrość obrazu.

Okazuje się, że z pomocą może nam przyjść zwyczajny statyw fotograficzny. Jeżeli jest to statyw radzący sobie z udźwignięciem lustrzanki, to i lornetkę 10x50 udźwignie. Większość mniejszych lornetek ma gwint statywowy z przodu pomiędzy obiektywami (najczęściej pod odkręcanym "kapslem" z symbolem statywu właśnie). Pozostaje nam jedynie dokupić specjalny tzw. "L-adapter lornetka-statyw" (koszt kilkunastu złociszy, choć w wielu sklepach żądają 20 i więcej). Generalnie w sprzedaży są adaptery plastikowe i metalowe. Oba porównywałem "organoleptycznie" i o dziwo plastikowy bardziej mnie przekonał swoją sztywnością. Jego aluminiowy kolega jakoś do mnie nie przemawiał. Może zraził mnie fakt, że był lekki jak piórko i przeraźliwie cienki. Miałem wrażenie, że zgiąłbym go bez problemu (naturalnie nie zaprezentowałem sprzedawcy jak dalece jestem w stanie się posunąć przy testowaniu jakości materiałów).


bino2.jpg

Wróćmy do wspominanego wcześniej testu "gwiezdnego". Zimowe niebo w Polsce jest wyjątkowo obfite w astronomiczne obiekty "lornetkowe". Jako, że o bieszczadzkich ciemnościach mogę jedynie pomarzyć, przyszło mi po raz pierwszy testować "Lidletę" w kiepskich warunkach. Na dodatek nieco przeszkadzały światła lamp ulicznych. Wykorzystując chwilowe "dziury" w chmurach, nie zważając na lekki mrozik (początek lutego, godz. ok. 21.00) skierowałem "oczy" Bressera w kierunku południowym. Poniżej symulacja tej obserwacji.

obserwacja1.jpg

Pierwsza rzecz, która mnie ogromnie uradowała, to ostre, punktowe obrazy gwiazd. Z resztą spojrzenie przez "Lidletkę" na jakikolwiek skrawek nocnego nieba przyprawia o zawrót głowy. Ilość widzianych gwiazd wzrasta kilkukrotnie (w kiepskich warunkach!). Na pierwszy ogień poszedł Syriusz (niewidoczny na grafice). Jasna duża gwiazda (jedyne 8,6 l.ś. od nas). Następnie jedno z głównych dań - Wielka Mgławica w Orionie (M42). Widok w lornetce był zbliżony do powiększenia na powyższej grafice (może troszkę bardziej rozmyty, ze względu na bardzo jasne niebo). Kolory raczej szarawe niż niebieskie. Popatrzyłem też chwilę na Pas Oriona (charakterystyczne 3 gwiazdy). W 10x50 zajmuje on prawie całe pole widzenia i wraz z mniejszymi gwiazdami w tle prezentuje się cudnie. Kolejnym podglądanym obiektem były Plejady (M45 w katalogu Messiera). Już gołym okiem można je bez problemu wychwycić. Metoda na odnalezienie dla mniej wprawionych. Bierzemy odległość od Bellatrix (prawy górny róg nad pasem gwiazdozbioru Oriona) do Aldebarana (duża, żółtawo-pomarańczowa gwiazda) i przesuwamy ten "odcinek" w prawo. Na końcu mamy Plejady. To co zobaczyłem w tym momencie przez lornetkę ciężko opisać słowami (choć wtedy opisałem to wrażenie niecenzuralnym słowem, które wyrwało się z moich ust). Mnóstwo niebiesko-fioletowych gwiazdek. Tak. Plejady są jednym z powodów, dla których warto mieć lornetkę. Na koniec rzuciłem się jeszcze szybko (bo już zaczęły napływać chmury) na Jowisza. Nie miałem wówczas statywu, więc jego księżyców nie dostrzegłem. Przypuszczam, że nawet pod ciemnym niebem może być to trudne. Sam Jowisz - wyraźna, okrągła tarcza. Widać, że to nie gwiazda. Tym sposobem zakończyłem pierwszą nocną obserwację za pomocą Bressera 10x50. Szkoda, że pogoda nie pozwoliła na więcej, ale dwa obiekty z katalogu Messiera zaliczone! Cieszy również fakt, że nabyty przeze mnie egzemplarz okazał się bardzo dobrej jakości (jasne i ostre jak żyleta obrazy).

Podsumowanko.

Jeżeli tego typu lornetka pojawi się jeszcze w Lidlu - śmiało bierzcie. Dokładnie obejrzyjcie jednak kilka egzemplarzy, gdyż rozrzut jakościowy podobno jest spory. Omijajcie szerokim łukiem wynalazki z zoomem (np. Auriol 10-30x, obiektywy 60 mm, kiepskie pryzmaty Bk7). "Lidletka" jest bez zooma i ma pryzmaty BaK-4! Na alledrogo tego typu sprzęt pojawia się rzadko, ale czasem coś się trafi (mi się udało). Ryzykujemy jednak, że kupimy mniej udany egzemplarz. Udanych łowów!

Parametry techniczne:

Powiększenie - 10-krotne
Obiektyw - 50 mm
Pole widzenia - 114m/1000m
Warstwa odblaskowa - fully coated, niebieska
Pryzmaty - w układzie porro
Materiał szklany - BaK-4
Okulary - typu LE z odwracalnymi muszlami ocznymi
Obudowa - metalowa (gumowa ochronna)
Gwint statywowy - 1/4 cala


Monokular ZOMZ 20x60 i polowanie na Galaktykę Andromedy

Doskonałym uzupełnieniem lornetki 10x50 może być nie tylko teleskop, ale i... większa lornetka. A w zasadzie - w tym przypadku - monokular ZOMZ 20x60. Dla mnie opcja nawet lepsza od lornetki, bo i tak obserwacje przeprowadzam jednym (lepszym) okiem. Konstrukcje radzieckie cieszą się ogromnym uznaniem jeżeli chodzi o jakość optyki i "pancerność" obudów. Minusem jest brak jakiegokolwiek gwintu statywowego. Najlepiej wykonać sobie we własnym zakresie jakiś uchwyt na bazie metalowych obejm - na zasadzie takiej, jak to ma miejsce w konstrukcji większości teleskopów. ZOMZ nie jest bardzo ciężki, więc wystarczy jedna obejma, by go statyw udźwignął.

zomz.jpg


Pomimo uciążliwej jasności letniego nieba miałem nadzieję omawianym ZOMZ-em "ustrzelić" po raz pierwszy Galaktykę Andromedy i tym samym zaliczyć kolejny obiekt z Katalogu Messiera. Jako, że wakacyjne nocne niebo przywitało mnie Superksiężycem niemalże w pełni, natruralne było to, że lufa w pierwszej kolejności skierowana została na Księżyc właśnie. Warunki atmosferyczne były super i Księżyc prezentował się fantastycznie. Bez problemu można było rozróżnić poszczególne największe kratery, góry i morza, a widok Tycho z jego promieniami zapierał dech w piersiach.

moonmap.jpg


Potem nadszedł czas na "danie główne" tej nocy, czyli Galaktykę Andromedy. Jasne letnie niebo plus wspomniany wcześniej Superksiężyc mogły bardzo utrudnić ustrzelenie pierwszej w mojej karierze galaktyki. Trochę trudności przysporzyło mi "chodzenie po sznurku" ZOMZ-em wzdłuż wyimaginowanych lini tworzących gwiazdozbiory. Nawigacja przy takim powiększeniu jest już dość karkołomna. Kluczem do sukcesu było odnalezienie gwiazdozbioru Andromedy (najłatwiej względem gwiazdozioru Kasjopei), a następnie (to już było trudniejsze) - konkretnej gwiazdy w Andromedzie - Miracha. Potem, idąc w górę od Miracha odnalazłem kolejno dwie jasne gwiazdy i po ostatniej z nich - lekko w górę i w prawo... TA-DAAA! Jest Galaktyka Andromedy. Rozmyta nieco, ale zdecydowanie jasna mgiełka z wyraźnie odznaczającymi się jądrem i otoczką. Jakie to uczucie patrzeć na obiekt sprzed 2,5 mln lat? Bezcenne.

andromeda.jpg

No, tak. Odległość Galaktyki Andromedy od Ziemi to około 2,52 mln lat świetlnych. A jest to najbliżej położona od naszej Drogi Mlecznej galaktyka. Badania naukowe dowodzą, że Galaktyka Andromedy pędzi w kierunku naszej galaktyki z prędkością około 100 km na sekundę. Wszystko wskazuje na to, że za jakieś 3 miliardy lat obie galaktyki utworzą jedną (najprawdopodobniej zderzą się i wymieszają, co jest zjawiskiem dosyć powszechnym we Wszechświecie). Najczęściej większe galaktyki "pożerają" mniejsze.

Podsumowując powiem tylko, że wcześniej próbowałem za pomocą ZOMZ-a oglądać tylko planety (Jowisza i Wenus). Szału nie było, bo wiadomo - zbyt małe powiększenie. Okazuje się jednak, że do obserwacji obiektów głębokiego kosmosu i gromad gwiazd ZOMZ jak najbardziej się nada. Księżyc też sprawi nam wiele radochy.



Źródła fotografii i informacji do artykułów: www.nasa.gov, www.hubblesite.org, www.wikipedia.pl, www.teleskopy.pl, www.youtube.pl