audio.gifstrona 1

cetera.jpg bowie_blackstar.jpg lucian_freud.jpg gilmour_rattle.jpg riverside_love.jpg steven_wilson_hand_cannot_erase.jpg joydee_and_tosh.jpg bjork_vulnicura.jpg opeth_pale_communion.jpg sarah_shine_on.jpg oldfield_motr.jpg anathema_ws.jpg jamie_cullum.jpg anathema.jpg dcd.jpg granda.jpg jonsigo.jpg heritage.jpg patiyang.jpg irrepressibles.jpg cocorosiego.jpg petergabrielback.jpg shackett.jpg mew.jpg toriamossin.jpg dmsounds.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg czeslaw.jpg riversidesecond.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg



cetera.jpg

CETERA - III: The Mossy Album (2017)

Jeśli kochacie lata 80-te i 90-te, 8-bitowe gry, muzykę retro, koncept-albumy, Twin Peaks, MTV z czasów, kiedy było jeszcze kanałem muzycznym i mech... (dlaczego, k***a mech?)... to możecie spokojnie czytać dalej. Jeśli nie, to też przeczytajcie, bo co Wam szkodzi. Cukierki w Candy Crush Saga się przeterminują? No i ten mech wydaje się intrygujący, nieprawdaż?

Ale do rzeczy. Mój znajomy zza "wielkiej wody" - Ramyn King z amerykańskiej formacji Lucian Freud (rockowe odkrycie roku 2016 w moim netlabelu BONImedia, niżej recenzja płyty "Lucrid") lada moment wyda w ramach swojego projektu "CETERA" nowy materiał pod tytułem "III: The Mossy Album". Wprawdzie płyta ukaże się gdzieś w okolicach lipca 2017 w Pterodactyl Squad Records, który jest netlabelem zajmującym się głównie muzyką do gier video lub inspirowaną grami, to mnie właśnie kopnął zaszczyt przedpremierowego przesłuchania "The Mossy Album" i zrecenzowania go dla polskiej (i nie tylko) rzeszy fanów kanciastych dźwięków (i nie tylko).

Trzeba przyznać, że Ramyn za zajawkę swojej płyty zabrał się z iście montypythonowskim zacięciem, co od razu mnie ujęło. Na początku trochę czasu zabrało mi ogarnięcie tego, o co mu chodzi, a i tak nie jestem do końca przekonany, że wszystko zrozumiałem. Przypuszczam, że za parę lat będą o tym uczyć eksperci od marketingu i coachingu, wykrzykując na jutubowych kanałach i scenach Waszych lokalnych teatrów i multipleksów: "Just remember! You are MOSSome!". Kwintesencja przekazu niby jest dosyć prosta:

Fotosynteza rządzi. Mech nadchodzi.


Jakkolwiek dziwna by nie była "kampania promocyjna" nowego dzieła Ramyn'a King'a (szczególnie reklama kremu z mchu, który ma zmienić nasze życie w jedno wielkie pasmo sukcesów), z ręką na sercu muszę napisać (co jest trudne, bo ciężko się pisze jedną ręką), że jeszcze nie pozbierałem się po pierwszym przesłuchaniu "Mchowego (Mszanego?) Albumu". Takiego miksu rocka, funk, retro elektroniki, jazzu oraz radiowego słuchowiska S-F nie słyszałem jeszcze NIGDY i NIGDZIE. Czego tutaj nie ma... Stevie Wonder na spółę z Kurtem Cobainem i Orsonem Welles'em lepiej by tego nie wymyślili... Whitney Houston kontra temat przewodni z serialu Twin Peaks... No co ja będę Wam więcej opowiadał... Reasumując (można mnie cytować):

"The Mossy Album by Cetera sounds for me like Stevie Wonder, Kurt Cobain, Orson Welles and Commodore 64 microcomputer
got drunked and created some radio play. Just love every second of it."

Emil Bonifaczuk (BONImedia Rock'n Metal netlabel)

Więcej zdradzać nie będę, żeby nie psuć Wam zabawy. Czekamy na oficjalną premierę. Tymczasem obejrzyjcie sobie plakat i reklamę:


mossy_retro_ad.jpg





R E K L A M A





blackstar.jpg

DAVID BOWIE - Blackstar (2016)

Gdybym tak miał się chwilę zastanowić i powiedzieć jaka płyta w minionym 2016 roku była dla mnie najważniejsza, to bez wahania wypaliłbym: Blackstar! Czy dlatego, że to taki swoisty testament genialnego artysty, który odszedł od nas ledwie ten album się ukazał? Pewnie też. Przypuszczam, że gdyby nie śmierć Bowiego, wielu słuchaczy nawet by nie odnotowało faktu premiery "Blackstar". Smutne to trochę, że w dzisiejszych czasach najlepsza reklama to "kopnięcie w kalendarz". Tym bardziej, że tak genialny materiał wcale żadnych ruchów marketingowych nie potrzebuje.

Tutułowy "Blackstar" miał chyba na celu wkurzyć stacje radiowe, które nie przepadają za graniem 10-minutowych kawałków. Jest jednak tak "dramatycznie" dobry, że pewnie nikt nie śmiałby go skracać. Sugerowane powszechnie rytmiczne podobieństwo do nagrania Björk "Hunter" moim zdaniem funkcjonuje jedynie na zasadzie pierwszego skojarzenia. Jak dla mnie to jest dobre skojarzenie. Skojarzenie z nowoczesną elektroniką. Björk trzeba oddać, że zawsze była innowacyjna i wyprzedzała swoje czasy. Na tym skojarzenie z "Hunter" się kończy, bo "Blackstar" to energia, zwroty akcji, momenty kiedy nogi się rwą do tańca, chwile na refleksję... Plus to COŚ, w czym David zawsze był niedościgniony. Połączenie futuryzmu z jakąś taką oldskulową elegancją.

"'Tis a Pity She Was a Whore" zaskakuje i prowokuje. "Lazarus" (z niesamowitym tekstem) jest chyba najbardziej emocjonalnym songiem na płycie. Szczególnie mocny w przekazie jest dźwięk wsparty teledyskiem. Życie pisze nieprawdopodobne scenariusze. Sam David podobno nie do końca przeczuwał jak proroczy może to być obraz. Momentu, w którym chowa się do szafy nie zapomnimy chyba nigdy.

"Sue (Or In a Season of Crime)" porywa energetycznym riffem, zwariowaną perką i dęciakami. Fantastyczne, przyjemnie bujające "Girl Loves Me" z hipnotyzującą "wyliczanką" sprawia, że do tej płyty wracać będę jeszcze chętniej. Zamykające płytę "Dollar Days" i "I Can't Give Everything Away" przynoszą odprężenie i ukojenie. Ale czy na pewno?

Album to również symbolika, której znaczenie odkrywa się z niemałą satysfakcją. Jest tego sporo. Najlepszy przykład już na froncie okładki... Fragmenty gwiazdy kształtem przypominające napis "BOWIE"... Niby tylko gwiezdny pył... Żegnaj, Ziggy Stardust.








lucian_freud.jpg

LUCIAN FREUD - Lucrid (2016)

Druga, bardzo ważna dla mnie płyta z 2016 roku, która notabene została opublikowana w prowadzonym przeze mnie netlabelu BONImedia, to "Lucrid" amerykańskiej grupy Lucian Freud. W takich momentach jestem szczególnie dumny, bo oto kapela, która zanim opublikowała materiał na bandcampie, wybiera właśnie mój netlabel do pokazania się światu i na dodatek chłopaki są zadowoleni, jak się wyrazili, "z wybitnego towarzystwa, w którym się znaleźli". Otóż, proszę Państwa - po to istnieje ten netlabel, by znajdować w nim takie perełki!

Zespół Lucian Freud rezyduje w Baltimore i na "dzień dobry" mówi o sobie - "tak, wiemy, że naszą muzykę najlepiej określają dwa hasła: Nirvana i The Cure". Zestawienie moim zdaniem cokolwiek dziwne, ale po wysłuchaniu materiału trudno oprzeć się wrażeniu, że coś jednak w tym jest. W życiu jednak nie sugerowałbym, że panowie z Lucian Freud kopiują dokonania panów Kurta i Roberta. Poziom na jakim zrealizowano materiał "Lucrid" jest dla wielu kapelek-kopii Nirvany po prostu nieosiągalny. I to zarówno w warstwie typowo autorskiej, jak i mając na uwadze perfekcję wykonania. Od kawałków Lucian Freud zwyczajnie nie można się oderwać. Zarówno tych "nirvanowo" energetycznych ("Kroeger", "The Gift of the Grubs"), jak również tych lżejszych (z moim ukochanym "Covered in Blood" na czele). John Weeks na basie, Isaac Miranda na bębnach i wokalu, Ryan King - gitary, wokal. Apetyty rozbudzone. Czekamy na więcej. Za zachętę niech posłuży fakt, iż BONImedia netlabel uznał "Lucrid" za swój najlepszy release w 2016 roku!

MP3-album można pobrać ze strony wydawnictwa bonimedia.pl.


R E K L A M A





gilmour_rattle.jpg

DAVID GILMOUR - Rattle That Lock (2015)

To niepojęte, że już prawie dziesięć lat upłynęło od poprzedniego solowego albumu Davida "On An Island". Co warte podkreślenia, również tym razem orkiestracje przygotował nasz rodak - Zbigniew Preisner. Promujący wydawnictwo utwór tytułowy początkowo nie rozłożył mnie na łopatki, ale przyznać muszę - podoba mi się coraz bardziej. Kiedy zobaczyłem video-teaser "5 A.M." padłem plackiem.



Takiego Gilmoura kochamy chyba wszyscy bez wyjątku. Jego gitara to jest coś nie do podrobienia. Ale zaraz, moment, na czym David gra?! Nie jest to czarny strat, lecz... Gibson z potężnym tremolo "bigsby"! Zaskakujące trochę, ale za to jaka reklama dla gibola! ;) Czyżby lokowanie produktu?

Ale nevermind. Wracając do płyty - od początkowych dźwięków mamy tę samą magię, co na płytach Floydów i oczywiście Davida solo. Nie lubię wyciszania utworów w momencie, gdy dzieje się w nich coś ciekawego (np. rozpoczyna się szalony motyw w gitarowej solówce). Niestety doświadczymy tego uczucia kilkakrotnie. A szkoda. Płyta trwa nieco ponad 50 minut i chętnie bym posłuchał dłuższych, niewyciszonych wersji "5 A.M.", "Faces of Stone", "Beauty", czy "Today" (jakby nie patrzeć na standardowy CD można wcisnąć 78 minut).
Z drugiej strony jednak już w tym momencie trzeba cieszyć się, mając niejako "na horyzoncie" wersje koncertowe tych utworów, które niewątpliwie będą wymarzone do gilmourowych improwizacji. Podobnie sprawa się miała w przypadku Marka Knopflera. Wersje albumowe niektórych utworów nie zachwycały na płytach, a potem okazywały się być koncertowymi rewelacjami ("Speedway at Nazareth" chociażby"). Myślę, że w przypadku płyty "Rattle That Lock" będzie podobnie i nawet najlepiej poinformowani nie mogą spodziewać się co też Mr. Gilmour przygotuje nam na koncerty.

Przede wszystkim jestem bardzo zadowolony, że nowa płyta nie jest kalką "On An Island". Jest przede wszystkim jeszcze bardziej zróżnicowana i zawiera całkiem sporo miłych zaskoczeń jak na te 50 minut. "Faces of Stone" to ballada, którą mógłby zaśpiewać Leonard Cohen i nikt by nawet okiem nie mrugnął. Rewelacyjny klimat.
Dalej mamy hipnotyzujące akordy fortepianu w "A Boat Lies Waiting" i fantastyczne wokalizy. Ciekawe "Dancing Right In Front Of Me" doskonale łączące bujający rytm z cięższą gitarą i jazzowymi wstawkami. Na wskroś floydowskie "In Any Tongue". Magiczne "Beauty" z jego "filmowym" rozmachem (za krótkie! Jak zakrzyknąłby klasyk: "wincyj, k****, wincyj!!!").
O "The Girl In The Yellow Dress" dziennikarze muzyczni napisali już zapewne kilka prac naukowych. Nie będę podążał ich śladem i nie wspomnę nic o Stingu. No dobra, może trochę. Dziś Sting ma brodę i wygląda jak żul, a David wprost przeciwnie. I czuje ten jazz. Utwór "Today" podoba mi się najbardziej na całej płycie. Klimatyczny chóralny wstęp, a potem... Wybaczcie mi porównanie, ale ten "petero-gabrielowski" basik jest po prostu przegenialny! A budowanie harmoni wokalnych i całe to "filtrowanie" momentami przypomina mi tricki rodem z płyt Queen. Plus "cały ten rock" Davida. Cacuszko! Płytę zamyka "And Then..." - rozwinięty motyw przewodni, który znamy już z "5 A.M." z przepiękną gitarą klasyczną na końcu i dźwiękami przypominającymi palące się ognisko. Chyba, że to mój odtwarzać mp3 się przegrzał? A nie... Jednak nie...






riverside_love.jpg

RIVERSIDE - Love, Fear and the Time Machine (2015)

Nową płytę Riverside zapowiadał bardzo klimatyczny video-trailer z utworem "Promise". Nie odnajdziemy go w wersji standardowej albumu, lecz w wydaniu 2-płytowym.



Wydanie to zawiera płytę "podstawową" (10 utworów) oraz bonusową - z pięcioma instrumentalnymi dodatkami. W sumie prawie 90 minut muzyki. Generalnie nie mamy tu żadnego "odkrywania Ameryki", tylko znakomitą kontynuację tego, co już było i się sprawdziło. Dobrego, rasowego progrocka.
Nie jestem jakimś wielkim fanem talentu wokalnego Mariusza Dudy. Nigdy mnie jego śpiewanie nie raziło, ale też jakoś nigdy do końca mnie nie przekonywało. Jest on jednak elementem sprawnie działającej maszyny - co do tego, to nie mam żadnych wątpliwości. Zaskoczył mnie Pan Duda w utworze "Addicted", gdzie przypomina mi nieco Mortena Harketa. Mogłaby to śmiało być piosenka z repertuaru nieistniejącego już A-Ha. Bardzo ładne współbrzmienia w "chórkach". Podobnie, choć już nie tak "mortenowato" jest w "Caterpillar and the Barbed Wire".

Cała płyta naszpikowana jest ciekawymi klawiszami i rozmarzonymi gitarami, choć muszę przyznać, że brakuje mi choć jednej, jedynej finezyjnej solówki, która zapadałaby w pamięć. Zdarza się też czasem troszkę cięższego grania (m. in. w "Discard Your Fear", czy "Towards the Blue Horizon"), ale są to jednak tylko momenty i przeciwnicy "rzeźni" mogą się czuć bezpiecznie ;) Płyta jest raczej spokojna i przemyka niepostrzeżenie. Dodatki z płytki instrumentalnej tylko wzmacniają to wrażenie (może poza "Aether" i "Machines", które są nieco bardziej "energetyczne", choć zdecydowanie "transowe"). Przyznam, że dwukrotnie zasnąłem słuchając "Love, Fear and the Time Machine", ale tak to już jest z Riverside. Wszystko zlewa się w całość. Nie ma jednak mowy o żadnym znużeniu. Jest tylko błogi spokój. Czy będzie to moja ulubiona płyta Riverside? Nie sądzę. Czy będę do niej wracać? W całości raczej nie, ale do takich ciekawostek jak "Addicted", czy "Promise" na pewno.






steven_wilson_hand_cannot_erase.jpg

STEVEN WILSON - Hand. Cannot. Erase. (2015)

Wszelkie moje dotychczasowe zetknięcia z projektami Stevena zawsze były entuzjastyczne. Praktycznie dźwięki, w których maczał palce nigdy mnie nie rozczarowały. I mam tu na myśli zarówno płyty solowe, jak i Porcupine Tree, czy nieco "popowy" Blackfield. Tych projektów jest oczywiście więcej. Nawet opieka producencka nad albumami innych kapel (np. Opeth) mocno wskazuje, że Steven odcisnął tam znak swojej marki. Bo to już w sumie nie człowiek-muzyk, człowiek-multiinstrumentalista, człowiek-producent, ale instytucja. Świadczy o tym długa lista sław, z którymi współpracował (m.in. Marillion, Fish, Anathema, Dream Theater, Yoko Ono, Anja Garbarek i wspomniany wcześniej Opeth).

Album "Hand. Cannot. Erase." zapowiadał bardzo ciekawy video-teaser zainspirowany nieco Poznaniem oraz strona z blogiem handcannoterase.com. Jako, że jest to koncept-album, to koncept jest mniej więcej taki: Była sobie Joyce Carol Vincent, która mieszkała w wielkim mieście. Kiedy zmarła nagle w swoim mieszkaniu - nikt tego nie zauważył. Jej ciało odnaleziono po dwóch latach. Leżała na kanapie przy włączonym wciąż telewizorze i nierozpakowanych prezentach świątecznych sprzed owych dwóch lat. Ta prawdziwa historia zainspirowała Stevena do stworzenia fikcyjnej postaci, która podobnie jak Joyce Carol po prostu znika i nikogo to najwyraźniej nie obchodzi. Co ciekawe historia opowiadana jest z jej perspektywy. Steven dotyka tu istoty pewnego paradoksu. Żyjemy w coraz większych skupiskach ludzkich, ale stajemy się coraz bardziej samotni. W przepięknym "Happy Returns" Steven śpiewa: "Hej, Bracie. Chciałbym móc Ci powiedzieć, że byłem ostatnio zajęty, ale to byłoby kłamstwo. Prawda jest taka, że lata mijają mnie jak pociągi. Macham ręką, ale one nie zwalniają".





Pomimo dramatyzmu całej tej historii muzyka nie jest bynajmniej dołująca. Wprost przeciwnie. Te dźwięki niesamowicie ładują baterie. Na dodatek jest to płyta nadludzko ambitna. Po pierwsze - mamy do czynienia z producenckim majstersztykiem, a po drugie - czego się można było po Stevenie spodziewać - progrocka na bogato i jeszcze bogaciej. A jak już się wydaje, że nie można grać lepiej i cały nakład zajedwabistości powinien się pomału wyczerpywać - dostajemy po łbie taką solówką klawiszową i dwiema gitarowymi, że zapewne nawet David Gilmour porysował szczęką swojego czarnego strata. Wspomnienie Davida jest tu moim zdaniem zupełnie na miejscu, bo myślę, że fani Floydów mogą być tym albumem równie zachwyceni jak ja. Bo ja tu się czuję u siebie. Progrockowy romantyzm z lekką dozą pierdolnięcia. Przykładowo fanom Opeth bankowo spodoba się psychodeliczny "Ancestral". Wydaje mi się, że coś z tego Opeth przeniknęło do muzyki Pana Wilsona. Masz mnie, Steven - w swoich kleszczach. Wokalnie również jest bardzo dobrze. Mister Wilson już dawno temu opanował budowanie pięknych wokalnych harmonii do perfekcji. Do tego mamy gościnnie izraelską wokalistkę Ninet Tayeb oraz sztab genialnych muzyków (warto wspomnieć flecistę Theo Travisa). Współpraca perkusja - bas zapiera dech w piersiach. Ilość wykorzystanych instrumentów przyprawia o zawrót głowy, ale nie jest bynajmniej obleśnie barokowo. Wszystko jest na swoim miejscu, subtelnie i z wyczuciem. Nawet ostrzejsze fragmenty wywołują uśmiech na twarzy. I jest to uśmiech szczerego podziwu! Tak naprawdę, to trudno w tym przypadku mówić o rocku progresywnym, choć jest on zapewne fundamentem całej konstrukcji. Ilość przenikających się gatunków muzycznych, wpływów, inspiracji... Brak słów. Tego po prostu trzeba posłuchać. Już teraz mogę śmiało powiedzieć, że do "Hand. Cannot. Erase." zamierzam często powracać. Być może zabrzmię trochę pompatycznie, ale to wyjątkowe szczęście móc obcować z taką muzyką. Fryvolna rekomendacja!

P.S. Płyta z Poznaniem w tle! Dla spostrzegawczych :) A także - warto wspomnieć - nasza, (bo polska) modelka: Carrie Grr.








joydee_and_tosh.jpg

JOYDEE&TOSH - No Artist (2015)

Dziś chciałbym gorąco polecić świeże wydawnictwo mojego netlabelu - materiał przekornie zatytułowany "No Artist" projektu muzycznego JoyDee&Tosh. JoyDee jest muzyczną producentką od 2011 roku, a współpracujący z nią Tosh to gitarzysta-samouk. Sama JoyDee o projekcie mówi: "Łączymy muzykę elektroniczną z dźwiękami gitary. Jedyną inspiracją jest nieświadomość".
Cóż, mam nadzieję, że muzyka ta trafi do świadomych słuchaczy, bo nieświadomi i tak raczej nie czytają tego tekstu. "No Artist" jest materiałem instrumentalnym, który niewątpliwie spodoba się miłośnikom muzyki filmowej, szeroko pojętej indie-elektroniki i chilloutu. Kompozycje JoyDee są przemyślane, momentami słuchacz może być nieco zaskoczony jak spektakularne efekty można uzyskać za pomocą skromnych, nienachalnych środków wyrazu.
Owszem, techniczna jakość produkcji nie powala na kolana, ale zawarte na tym materiale pomysły są namacalnym dowodem na to, że JoyDee doskonale wie co robi. I robi to dobrze. Z gracją snuje swoje wizje, a gitarzysta Tosh dopełnia te klimaty doskonale. Jego misja wbrew pozorom nie jest wcale taka prosta. Trzeba ważyć każdy krok, każdy dźwięk, by takie muzyczne współistnienie miało sens. Wystarczy posłuchać "Last Glance", czy "Stones" by przekonać się, że sens ma. "Weary" przypomina mi dźwięki wydobywające się z mojego komputerka Commodore Amiga (początki lat 90-tych XX wieku). Miło, że moda na takie brzmienia wraca. Wspomnienia - bezcenne.

Jest w tym projekcie ogromny potencjał. "Last Glance" śmiało widziałbym w roli soundtracka czołówki jakiegoś serialu (w stylu "The Killing" na przykład). To jest zdecydowanie jeden z tych kawałków, które zostają w głowie na długo i mimowolnie nucimy je pod nosem. Podsumowując mogę tylko dodać: gratulacje i prosimy o więcej!

(mp3-album do pobrania na bonimedia.pl).



bjork_vulnicura.jpg

BJÖRK - Vulnicura (2015)

O nowej płycie Brzozy zrobiło się nagle głośno z powodu wycieku materiału do sieci przed oficjalną premierą. Stąd też pewnie szybka decyzja by album pojawił się na iTunes. Po dobrym (ach te chóry na tle kosmicznych pejzaży) krążku "Biophilia" (2011) ledwo docierały do nas jakieś informacje o nowej płycie, a tu bum-trach... i jest.

Rozpoczyna się bardzo obiecująco. "Stonemilker" cofa nas w czasie do klimatów z genialnego "Homogenic" - nie mam nic przeciwko, bo to Brzozy największa siła. Klasyczne smyczki i nowoczesny bit - to jest coś, co w wydaniu Islandki nigdy się nie znudzi. Bardzo podoba mi się również ponad 10-minutowy "Black Lake" (pewnie to słabość do smyków, pierdostuków i chwytliwych melodii). Jest też coś ciekawego w hipnotycznym rytmie "Atom Dance". W utworze tym pojawia się gościnnie Antony (powoli jego obecność staje się tradycją - i dobrze!). Tak więc tańczą sobie głosy Antosia i Brzozy - pełna harmonia. Pozostałe utwory na płycie są bardziej w klimacie "Biophilii" niż lżejszych i łatwiejszych w odbiorze kompozycji artystki z początków jej kariery. Nie jest to muzyka łatwa, ale kiedy dostroimy się odpowiednio do nadawanego przekazu - wrażenia niesamowite. To jest trochę tak jak z obcym, egzotycznym lub wręcz pozaziemskim językiem. Ciężko zrozumieć, ale to nie znaczy, że nie warto poznawać. Naturalnie trzeba również koniecznie wgryźć się w teksty, bo to płyta bardzo osobista, w przeciwieństwie do kosmologicznej "Biophilii". Wtedy układanka tworzy kompletną całość. Miłość, macierzyństwo, rodzina, ale także głęboki strach przed utratą tych wartości. Mniej więcej o tym jest ta płyta. Czekamy na premierę na srebrnym krążku, bo jakość wersji elektronicznej woła o pomstę do nieba.





opeth_pale_communion.jpg

OPETH - Pale Communion (2014)

Trochę rozumiem wszystkich, którzy tęsknią za brutalnym Opeth z płyt "Blackwater Park", "Deliverance", czy chociażby "Watershed". Z drugiej jednak strony ewolucja muzyczna Mikaela musi budzić szacunek. Reszta zespołu jest jak palce jego pięści. Niewątpliwie on tutaj rządzi. Na płycie nie ma ani grama growlingu i cięższego metalu, mamy za to jeszcze więcej klasycznego progrocka niż dotychczas. Przepiękne klawisze Joakima Svalberga rodem z lat 70-tych. Gitarowe majstersztyki i typowe "opethowate" riffy, ale podane lekko i z gracją. Jak zwykle fantastyczne akustyki, przepiękne partie gitary klasycznej. Tu jakieś motywy orientalne, a tu znowu niesamowite zagrywki na mellotronie. Progrock jakich mało. Progrock na bogato!

Śmiem twierdzić, że to jedna z najlepszych i najrówniejszych płyt Szwedów. Nie ma chwili na oddech, nie ma momentu na dekoncentrację. Wszystkie 8 utworów to najwyższa klasa światowa. Oj, tak. Nie da się już grać tego rocka lepiej. Mikael w roli wokalisty zawsze sprawdzał się świetnie. Na tej płycie osiągnął już chyba swoje wyżyny. Piękne, inteligentne harmonie fantastycznie dopełniają "vintage'ową" warstwę instrumentalną. Ciężko wyróżniać jakieś utwory na doskonałej płycie. "Eternal Rains Will Come" i "Cusp Of Eternity" to wizytówki tej płyty.

Rok 2014 był przebogaty pod względem ukazujących się ciekawych wydawnictw. Gdybym miał oddać głos na NAJLEPSZĄ PŁYTĘ 2014 to nie byłby to ani Oldfield, Anathema czy nawet Pink Floyd (sam jestem nieco zaskoczony). Bez kozery powiem: Opeth - "Pale Communion"!





sarah_shine_on.jpg

SARAH MCLACHLAN - Shine On (2014)

Sarah ostatnimi czasy długo każe nam czekać na swoje kolejne albumy. O poprzednim ("Laws Of Illusion" z 2010 roku) niestety wiele dobrego powiedzieć nie mogę. Chyba tylko tyle, że może posłużyć jako wybitnie skuteczny środek nasenny. Zapewne wielu odnalazło na nim magię Pani McLachlan, mi jednak czegoś tam mocno zabrakło. Stąd też wieści o nowej płycie przyjąłem z radością. W końcu gorzej już być nie mogło?

Ufff... Jest naprawdę dobrze, a nawet bardzo dobrze! W utworach wreszcie coś się dzieje. Niektóre są niemalże... rockowe!
Promujący płytę "In Your Shoes" jest fajny, dynamiczny i naszpikowany "sarowatymi" wokalizami jak za starych, dobrych czasów ;) "Flesh And Blood", "Monsters", dynamicznie i rytmicznie. Już wiadomo, że ósma studyjna płyta Sary nie znajdzie się na półce z "usypiaczami". Przychodzi czas na "specjalność zakładu", czyli ballady. "Broken Heart" z bardzo ciekawą, urozmaiconą linią melodyczną. Fortepian Sary plus sympatyczne gitarki w tle. Jest super. "Surrender And Certainty" - kolejna ciekawa balladka, która ma niezły potencjał by stać się koncertowym killerem. Ach, ten finał! Szerokie pole do improwizacji. Miejmy nadzieję, że na koncertach się rozrośnie, bo zasługuje na to. "Song For My Father" to bardzo ładna, osobista piosenka z ciekawym rytmem i wysmakowanymi partiami trąbki. Nic dodać, nic ująć. "Turns The Lights Down Low" przypomina mi nieco klimaty z "Fumbling Towards Ecstasy". Dobra perka, "zmasakrowane" gitary puszczane wstecz, ciekawy numer.

"Love Beside Me" znów z mocniejszym uderzeniem gitar. Radyjka chyba chętnie puszczą. Jest też okazja by stadnie "powyć" - czyżby kolejny koncertowy zwierzak? ;) Końcówka utworu tylko utwierdza w tym przekonaniu. "Brink Of Destruction" - świetna balladka z oldskulowymi organami w tle i interesującą "zmasakrowaną" solówką. Ktoś się uparł na to "masakrowanie", ale muszę przyznać, że wcale mi to nie przeszkadza. Takie zabiegi moim zdaniem wręcz "wzmacniają markę" Pani McLachlan. "Beautiful Girl" takie trochę w stylu Tori Amos, ale nie jest to żaden zarzut, tylko komplement ;) Zamykający standardową wersję płyty "The Sound That Love Makes" to przesympatyczny numer z ukulele w roli głównej i dobrą organową solówą. Optymistyczne zakończenie bardzo dobrej, bogatej instrumentalnie płyty. Na wersji "Deluxe" znalazły się jeszcze dwa bonusowe utwory i nie są to w żadnym wypadku tylko typowe "zapychacze". "What's It Gonna Take" to dowód na to, że sam fortepian i głos Sary wciąż wystarczą by zbudować jedyny w swoim rodzaju klimat. "Little B" to ładna, baśniowa nieco balladka wzbogacona dzwonkami, fletem i ciekawymi partiami basu. No i proszę. Nawet bonusy na tej płycie mamy wybitne.

Wnioski są takie, że rozstanie z Aristą ("Shine On" wydało Verve) było dobrym posunięciem (mając na uwadze aspekty artystyczne). Czkawką odbija się niestety brak jakiejkolwiek promocji i dystrybucji płyty w naszym kraju (CD-A wciąż praktycznie nie do dostania). Nie wiem, czy ma to związek z nowym labelem, czy jakąś nową polityką marketingową ("niech żyją mp3... weeeee..."), ale na chwilę obecną płyta dostępna jest tylko na platformach typu amazon.com, czy iTunes. Na europejską trasę z przystankiem pod tytułem "Polska" też chyba nie ma co liczyć. Na osłodę pozostaje nam muzyka. Nareszcie taka, która zadowoli wszystkich :) Sarah po życiowych zakrętach powraca w wielkiej formie, jak feniks z popiołów - na szczęście bez brody ;)





oldfield_motr.jpg

MIKE OLDFIELD - Man On The Rocks (2014)

Wszyscy oldziomaniacy stanęli na równe nogi, gdy jakiś czas temu gruchnęła wiadomość, że Mike skrzyknął grupę wybitnych muzyków i ogłosił, że rozpoczyna prace nad nową płytą. Od początku było jasne, że będzie to album "rockowy z piosenkami". Po fantastycznym, świetnie przyjętym "Music Of The Spheres" z 2008 roku (docenionym nawet w świecie muzyki stricte klasycznej) nasze apetyty wzrosły. O albumie "Tubular Beats" z remiksami nie wspominam, bo była to tylko ciekawostka. Powszechnie wiadomo, że najbardziej uznane dzieła Mistrza to kompozycje instrumentalne, a albumy "piosenkowe po całości" to raczej wyjątki w jego dyskografii (piosenkom zazwyczaj towarzyszyły dłuższe formy instrumentalne). Pewne obawy co z tego wyjdzie były uzasadnione. Wystarczy spojrzeć na takie "Earth Moving". Lubię tę płytę, ale nie do tego stopnia, by często do niej wracać. Wolę śpiewającego Oldfielda z "Heaven's Open". Patrząc na Mike'a brzdąkającego sobie w domowym studio na Bahamach, a następnie na kolesia, który miał zaśpiewać wszystkie numery na płycie (Luke Spiller z formacji The Struts), można było odnieść wrażenie, że całą tę sytuację sponsoruje beczka rumu. I niewątpliwie sponsorowała, ale to musiał być zajebiaszczo dobry rum! :)

Płyta jest po prostu dobra! O niebo lepsza od wspomnianego "Earth Moving". Singlowe "Sailing" może nie zawojuje list przebojów tak jak "Moonlight Shadow", ale na pewno się na nich pojawi. Podobnie jak tytułowe "Man On The Rocks", numer zaiste epicki. Trzeba przyznać, że wybór Luke'a Spillera na głównego wokalistę był strzałem w dziesiątkę. Facet (?) świetnie wyczuwa te "majkowe" klimaty i szczerze mówiąc nie mogę wyjść z podziwu, z jaką lekkością, łatwością i naturalnością odnalazł się, jakby nie patrzeć, w "innej bajce". Ten człowiek ma w sobie coś z młodego Freddiego Mercurego (błysk geniuszu i kobiece pierwiastki, hehe). Będą z niego ludzie! Może się zrobi głośniej o Strutsach dzięki tej jego współpracy z Oldfieldem.

Wracając do płyty. Bardzo, bardzo fajne, irlandzko brzmiące "Moonshine". Też potencjalny hicior. "Castaway" (taki trochę "Shadow On The Wall"), typowa oldziowa solówa. "Minutes" - piosenka na luzie, bez spiny, bardzo ładna melodia. Podobnie "Dreaming In The Wind". Dziwne, ale mi właśnie ten numer chyba najbardziej wgryza się w głowę. Świetny, hipnotyzujący rytm i fajna gitarka. "Nuclear" - kolejny obok "Man On The Rocks" poważny, głęboki emocjonalnie utwór. Luke przechodzi do historii rocka, proszę Państwa. "Chariots" to kawał dobrego rocka, ale podoba mi się chyba najmniej na całej płycie. "Following The Angels", to bardzo ładna balladka nawiązująca do miłego momentu w życiu Mike'a, którym był udział w ceremonii otwarcia igrzysk olimpijskich w Londynie w 2012 roku. "Irene" to numer zainspirowany huraganem o tym samym imieniu oraz troszeczkę (jak przyznał sam Mistrz) muzyką "Rolling Stonesów". Płytę zamyka śliczne "I Give Myself Away". Nie jest to wprawdzie kompozycja Oldfielda, lecz przeróbka pieśni kościelnej ze zmienionym tekstem. Pierwotnie nie miała się znaleźć na płycie, ale uznano, że pasuje idealnie na zakończenie.

Najbardziej wypasiona wersja "Super Deluxe" zawiera dodatkowo dwie płyty. Na jednej znajdziemy wersje instrumentalne wszystkich utworów z płyty standardowej (niestety nie zadano sobie trudu na ich urozmaicenie, wycięto po prostu wokale). Na drugiej dodatkowej płycie znalazły się wersje demo (z wokalami Oldfielda!) oraz tzw. miksy alternatywne. Warto sobie posłuchać zwłaszcza demówek. Słychać, że ząb czasu nadgryzł Oldzia już poważnie i może nawet czasem uśmiechniemy się, ale dobrodusznie. Wysoko jednak cenię sobie te nagrania, bo są to niewątpliwie materiały bardzo osobiste i chwała Mistrzowi za to, że zechciał się nimi podzielić. Czekamy na kolejne dzieło. Być może tym razem instrumentalne!




R E K L A M A





anathema_ws.jpg

ANATHEMA - Weather Systems (2012)

Długo zabierałem się do recenzji tego albumu. Powód był dosyć prosty. On jest tak dobry, że to aż człowieka przeraża. Jak można opowiadać o takiej muzyce? Z nową płytą Anathemy miałem okazję zapoznać się dopiero w październiku 2013, mając już w garści kupione bilety na koncert w poznańskim klubie Blue Note. "Systemy pogodowe" z miejsca mnie oczarowały i zaskakiwały z każdym kolejnym przesłuchaniem. To jest jedna z takich płyt, które nie znudzą się chyba nigdy. Powiem więcej. Płyta ta jest zdecydowanie moim ulubionym dziełem Anathemy i niewątpliwie znajdzie się w moim "topie-albumów-wszechczasów". Wygląda na to, że kapela pochodząca z tego samego miasta, co Beatlesi, przyznająca się do inspiracji takimi legendami jak Pink Floyd, czy Dire Straits, zaczyna powoli budować swoją, coraz bardziej znaczącą pozycję w rockowym światku. Kto by pomyślał, że zaczynali od black-metalu?

Na "Weather Systems" wręcz kipi od emocji. Przepiękne melodie. Budowanie klimatu to w dużej mierze zasługa genialnej chemii wokalnej na linii Vincent-Lee. Z resztą to pierwsza płyta Anathemy, na której Lee Douglas pojawia się w obfitości (z przecudnym "The Lightning Song" na czele). Bracia przyznali kiedyś w jakimś wywiadzie, że utwory z tej płyty to kawałki "z szuflady", które nie pasowały do wcześniejszych albumów, ale łączyła je tematyka "pogodowa". Stąd tytuł płyty. Jeżeli taki materiał powstaje z utworów "szufladowych", to Anathema powinna w czeluściach biurek i szafek grzebać jak najczęściej ;) Album rozpoczyna się fantastycznym "podwójnym" numerem "Untouchable". Po drodze mamy "The Gathering Of The Clouds", które całkiem nieźle radziło sobie na Liście Przebojów Programu 3. Wspomniane "The Lightning Song" - czysta magia Lee, a następnie "Sunlight" (tym razem czysta magia Vincenta). "The Storm Before The Calm" to kawałek wyróżniający się dosyć nietypową jak na Anathemę melodyką na początku, a kończący się PO-WA-LA-JĄCYM tematem, jakim nie powstydziłby się sam John Lennon (znowu ten duet Vincent-Lee, coś niesamowitego). Jakby tego wszystkiego było mało następuje "The Beginning And The End", kolejny majstersztyk z ciekawym tekstem. W momecie kiedy Vincent wrzeszczy "...the silence is raging!" człowiek zaczyna się zastanawiać czy można jeszcze gdzieś zagłosować na płytę roku 2012. Przedostatni utwór "The Lost Child" to piękna ballada z elektryzującymi partiami fortepianu przeradzająca się w niezłą psychodelię. Schemat narastania emocji i nagromadzenia instrumentów po raz kolejny się sprawdza! Zamykający płytę "Internal Lanscapes" z wplecioną relacją człowieka, który przeżył tzw. "near-death experience" to wzruszająca ballada, w której znowu przekonujemy się, że Lee nigdy za mało! Dla mnie to niewątpliwie płyta 2012 roku i w moim prywatnym topie-wszechczasów (może czas już na opracowanie takowego) znajdzie się bardzo wysoko.





jamie_cullum.jpg

JAMIE CULLUM - Momentum (2013)

Oto człowiek, który sprawił, że koncerty jazzowe nie kojarzą się już z przysypiającym zadymionym towarzystwem w jakiejś obskórnej piwnicy. Oto człowiek, dzięki któremu przy muzyce jazzowej potrafią się świetnie bawić całe wielopokoleniowe rodziny. Czarodziej fortepianu, wieczny dzieciak: Jamie Cullum. Moja Żona go uwielbia, dzieciaki słuchają na zmianę z Coldplay, a ja po obejrzeniu kilku koncertów z niemałą przyjemnością zacząłem grzebać w dyskografii tego skubanego hobbita. Na czym polega fenomen Jamiego? Z jednej strony jest to cool-gościu, z drugiej prawdziwy jazzman, mistrz improwizacji. Myślę, że szczególnie cenne jest to, że pod "popową" otoczką kryje się rasowa muzyka na światowym poziomie. Facet w garniturku i trampkach skacze z fortepianu, tańczy pogo, by za chwilę hipnotyzować swoimi wyścigowymi solówkami na klawiszach. Nic więc dziwnego, że ludziska walą na koncerty drzwiami i oknami. My sami z Pauliną nie możemy się doczekać, kiedy zobaczymy Jamiego na żywo, a założę się, że i nasze Szkraby chętnie by się na taki koncert wybrały ;)
Płyta "Momentum" nie jest żadnym wielkim zwrotem w karierze Pana Culluma. On już dawno na tym szczycie jest i po prostu dalej robi swoje. Dodać należy, że robi to fantastycznie. Potrafi nieźle dać czadu ("The Same Thing"), jak i zaczarować klimatycznie ("Pure Imagination"). Wyróżnianie jakichkolwiek utworów nie ma większego sensu. To bardzo równa płyta i chyba każdy kawałek ma spore szanse by stać się wielkim przebojem (przynajmniej w pewnych kręgach). Szkoda tylko, że Jamie ostatnio omija nasz kraj. Miejmy nadzieję, że poprawi się podczas kolejnej trasy koncertowej.





anathema.jpg

ANATHEMA - Falling Deeper (2011)

Anathemę pamiętam jeszcze z czasów, kiedy była kapelą mocno metalową i szła ramię w ramię z takimi grupami jak Paradise Lost, czy Katatonia. Potem jakoś moje zainteresowania poszły w inną stronę i o Anathemie zapomniałem na długo. Jakiś czas temu kilka osób, które zetknęły się z nagraniami mojego projektu Fryvolic Art zasugerowało, że chyba muszę być fanem tzw. art rocka (z Anathemą na czele). Zdziwiłem się nieco i szybko zacząłem nadrabiać anathemowe zaległości. Nadrabiam je do dziś, ale wszystko to, czego miałem okazję do tej pory posłuchać w znakomitej większości powodowało u mnie "karpiozę" oraz zwykłą ludzką zazdrość ;) Zazdrość polegającą głównie na tym, że w mojej szafie niestety nie mieszka kwartet smyczkowy, co jeść nie woła. Ale do rzeczy. Anathema to firma niemalże rodzinna. Jej trzon stanowią bracia Vincent i Daniel Cavanagh. Przez jakiś czas grał również z nimi trzeci brat (Jamie - na basie). Obecnie grupa wspierana jest przez wokalistkę Lee Douglas, ale oczywiście głównym wokalistą jest Vincent. Słuchanie rozpocząłem od albumów zawierających odświeżone wersje starszych utworów grupy. A mam tu na myśli "Hindsight" (2008) i "Falling Deeper" (2011). Kompilacja "Hindsight" zrobiła na mnie wystarczająco duże wrażenie, by sięgnąć po następne pozycje w dyskografii grupy. "Falling Deeper" sprawiło już, że stałem się kolejnym "wyznawcą" Anathemy ;) Płyta ta, jak na kompilację brzmi bardzo spójnie. Aranże cechuje rozmach (nie bójmy się tego słowa) symfoniczny. Mają jednak chłopaki gdzieś pod skórą ten metal, to się czuje nawet w partiach fortepianu ;) Płyta porywa od pierwszych dźwięków i tak już jest do końca. Jeżeli ktoś nie rozumie określenia "rock atmosferyczny" powinien po prostu włączyć sobie tę płytę. 24 października 2013 Anathema zagra akustyczny koncert w klubie Blue Note w Poznaniu (w składzie Vincent, Daniel i Lee). Dzień wcześniej grupa pojawi się w Gdańsku. Z ploteczek wynika, że zagra również we Wrocławiu. Polecam!





dcd.jpg

DEAD CAN DANCE - Anastasis (2012)

Mało kto miał chyba jeszcze nadzieję na wskrzeszenie tej formacji. W końcu od ostatniego albumu DCD minęło kilkanaście lat, a do fanów docierały jedynie informacje o "rozwiązaniach" i "zawieszeniach". Ostatnie wydawnictwa w postaci składanek typu "the best" nie wróżyły nic dobrego. Pozostawało śledzenie karier solowych Pana Brendana i Pani Lisy. W 2011 roku pojawił się promyk nadziei w postaci zapowiedzi zupełnie nowego albumu. Rok później światło dzienne ujrzała płyta "Anastasis". Od poprzedniej - "Spiritchaser" z 1996 roku minęło... 16 lat! Trzeba by sprawdzić, czy aby nie jest to jakiś rekord "zawieszenia" działalności. "Anastasis" wysłuchałem po raz pierwszy w bardzo sprzyjających okolicznościach przyrody ogrodu botanicznego (w wózku spali sobie Janko i Marko). Nie rozczarowałem się. To stary, dobry Dead Can Dance. Być może troszeczkę bardziej przystępny dla niewprawionego słuchacza, ale myślę, że to słuszny kierunek. Sporo nawiązań do muzyki wschodu. Jak zawsze powalająca, zaangażowana Lisa Gerrard, jak zwykle elegancki, nieco obojętny Brendan Perry ;) Na mnie osobiście największe wrażenie robi "Kiko" (5) ze swoim "połamanym" rytmem i zacnym finałem. Polecam z przeogromną przyjemnością. Muszę też koniecznie wspomnieć, że ta płyta to kolejny supertrafiony prezent od Żonki ;)



granda.jpg

BRODKA - Granda (2010)

Płytką tą Monika zamyka buźki wszystkim powątpiewającym w jej talent, udowadniając jednocześnie, że stała się w pełni dojrzałą artystką. Stała się nią, warto zauważyć, w tempie ekspresowym. "Płytka" to celowy termin, bo mamy na niej tylko nieco ponad pół godziny muzyki. Dzieje się jednak tak wiele, że w ogóle nie poczułem żadnego "czasowego deficytu". Brodka nie stroni na tym materiale od dźwiękowych i tekstowych eksperymentów i chwała jej za to. W rezultacie otrzymujemy niebywały mix muzyki nowoczesnej (na światowym poziomie), z folkowym backgroundem (stosowanym ze smakiem) i niebanalnymi słowami. Całości dopełniają genialne wprost melodie (jak dla mnie - z "Saute" na czele, który to utwór jest chyba jednym z najbardziej oryginalnych erotyków w historii polskiej muzyki rozrywkowej). Kolejna refleksja, która mnie dopadła podczas słuchania tego albumu: Brodka zdaje się być (już!) wokalistką kompletną. Pozostaje jej tylko życzyć, by po osiągnięciu takiego statusu, jak np. ma Bjork, mogła dalej robić "swoje" bez ciśnienia na tzw. sukces komercyjny. Czytaj: nagrywać coraz bardziej porąbane rzeczy bez obawy czy będzie co włożyć do lodówki ;) Wracając do "Grandy". No nie sposób nie polubić tej płyty! Można ją śmiało polecić nawet tym malkontentom, którzy już dawno postawili krzyżyk na polskiej scenie muzycznej. Zapewniam, że nawet oni będą się bawić świetnie :)



jonsigo.jpg

JONSI - Go (2010)

Żonka po raz kolejny sprawiła mi fantastyczny prezent w postaci genialnej płyty. Ktoś, kogo wydawnictwa Sigur Ros powaliły na kolana koniecznie musi rzucić się na ten album i żreć wielkimi kęsami ;) Po co frontman Sigurów nagrywa solowy album, który brzmi jak... Sigur Ros? Widać czuł, że "musi, bo inaczej się udusi". I chwała mu za to, bo dźwięki, których doświadczamy na "Go" mogłyby obdarować "czadem" kilka płyt Sigurów. Jest szybko, bogato i (tu żadnego zaskoczenia) - pięknie. Wszystkie utwory zrealizowane są z niesamowitym rozmachem. Dzwonki, smyki, dęciaki, fortepiany, fleciki, czego tu nie ma! Orkiestralne aranże uzupełnione o genialne sekcje rytmiczne tworzą klimaty, które znamy już z płyt Sigur Ros, ale wzbogacone o jakiś taki nieokreślony "speed". W warstwie melodycznej Jonsi nie odkrywa tu żadnej Ameryki, po prostu robi to, co zawsze i robi to genialnie. Mamy wręcz wrażenie, że to wszystko już było, te dźwięki, te emocje, te narastające warstwy kolejnych plastrów miodu, ale jednak nie - jest w tym wszystkim jakaś nowa jakość. Niesamowicie równa płyta. Nietaktem byłoby wyróżniać jakieś utwory. Wszystkie są miażdżące. To naprawdę wielka sztuka zrobić świetną solową płytę będąc wizytówką kultowej kapeli. Brawo, Jonsi!



heritage.jpg

OPETH - Heritage (2011)

Od doskonałego albumu "Watershed" z 2008 roku minęło już sporo czasu, więc apetyty fanów Opeth są zapewne zaostrzone do granic możliwości. W zepole niezła rotacja i trudno się w tym temacie połapać, ale jedno jest niezmienne. Mózgiem, królem, ojcem dyrektorem i prezesem w jednej osobie był, jest i będzie Mikael Akerfeldt. Niewątpliwie wszyscy pozostali członkowie kapeli tańczą jak im zagra. Czy też grają jak im zatańczy? Nevermind. Jeżeli komuś marzył się kolejny kopniak w potylicę w stylu "Watershed" czy "Deliverance" to chyba troszeczkę się rozczaruje. Płyta jest zaskakująco spokojna i wyważona, nie uświadczymy ani grama growlu i nie zostaniemy przygnieceni do ściany. Może nie jest to aż taki *spokój* jak na "rodzynku" zwanym "Damnation", jedakże nasze uszy są wyraźnie oszczędzane. Gitarowe "zawijasy", dzięki którym w ciągu 2 sekund poznajemy, że to Opeth, są już (moim zdaniem) nieco przewidywalne. Ale czy płyta jest nudna? Ależ skąd! Momentami wręcz wydaje ocierać się o klasykę i jazz, a wykonanie, to jak już zdążyliśmy przez te wszystkie lata przywyknąć, mistrzostwo świata. Choć słucha się go z przyjemnością, "Heritage" na pewno nie będzie jednym z moich ulubionych albumów Opeth (podobnie jak "Damnation"). Mimo wszystko gratuluję światowego poziomu i mam nadzieję na porządne "mentolnięcie" w kolejnej odsłonie.


patiyang.jpg

PATI YANG - Wires and Sparks (2011)

Po dwóch latach od znakomicie przyjętej płyty "Faith, Hope and Fury" Pati powraca z nowym albumem. Artystka doskonale sobie poczyna na zachodzie, nagrywa płyty w UK, lecz tym razem otwarcie przyznaje się, że materiał powstał w Polsce. W radiowej Trójce powiedziała nawet, że była zaskoczona faktem jak fantastycznie inspiracje przerodziły się w dźwięki, a płyta z rozmiarów EP-ki rozrosła się do pełnowymiarowego albumu. Naturalnie padło również wiele ciepłych słów pod adresem polskich współpracowników i sprzyjającej atmosfery Warszawy (Pati powiedziała m.in., że w Warszawie powstało "serce tego" albumu). Producent płyty Joe Cross (produkował m.in. dla zespołu Hurts) podobno w stolicy czuł się świetnie, a razem z Pati pracę nad płytą kończyli w Manchesterze. To tyle informacji z czysto kronikarskiego obowiązku. Przejdźmy do sedna. Muzyka. Nie będę owijał w bawełnę - spodziewałem się wiele po tej płycie. Otrzymałem o wiele więcej. Pati staje się mistrzynią w budowaniu klimatu i elektroniki używa z głową. Dźwięki rodem z techno, prawie niezauważalne, dopełniają naprawdę zacne brzmienie. Melodie są przepiękne (z "Fold" na czele). Niebanalne teksty. Czad, który znamy z koncertów ("Near To God", "Kiss It Better"). Bardzo mi przypadł do ucha kawałek "Hold Your Horses", w którym wokale Pati przypominają nieco Kim Wilde. Szkoda tylko, że w naszym kraju media wolą Ewę Farną... Coś chyba jednak drgnęło, skoro niedawno można było zobaczyć Pati w "Poranku TVN" podskakującą na dachu wieżowca w rytm "Near To God" z chórkiem a'la Robert Palmer :) Fani Feel'a pewnie dostali zawału przy porannej jajecznicy. Pati - wielkie dzięki i prosimy więcej takich "EP-ek" ;)



irrepressibles.jpg

THE IRREPRESSIBLES - Mirror Mirror (2010)

Dawno już miałem napisać o tym zjawiskowym brytyjskim zespole. W końcu nadszedł na to czas. W czerwcu 2009 roku zaczailiśmy się z moją Pauliną w Pasażu Kultury (Stary Rynek, Poznań, Pyrlandia, bajdełej przy sąsiednim stoliku siedziała Pati Yang) i z niewątpliwą przyjemnością oglądaliśmy próbę prawie nikomu wówczas nieznanego zespołu The Irrepressibles. Bardzo mi się spodobał ten ich teatralny image. No i oczywiście charyzmatyczny frontman Jamie McDermott ;) Zespół fantastycznie łączy muzykę klasyczną (bogate instrumentarium) z niemalże popowymi melodiami. Głos Jamiego, taki troszkę operowy, ciut kojarzący się z Antonym Hegarty (Antony and the Johnsons). Kapela zawitała do Poznania, by wystąpić w ramach corocznego Malta Festival. Ciekawostka: próba podobała mi się bardziej niż sam koncert (z którego się urwaliśmy, hehe). Minęły prawie 2 lata. I pewnie bym zapomniał o The Irrepressibles, gdyby nie reklama Peugeota 308 w TV. Tak słucham, słucham piosenki w tle... Myślę sobie, super, jakbym już to gdzieś słyszał... Zapytanie do wujka googla... No i BANG! Przecież to ONI! :) A ten przepyszny kawałek to "In This Shirt". Z radością stwierdziłem, że w 2010 roku w końcu nagrali debiutancki album "Mirror Mirror". Widać musiało zająć to trochę czasu. A może reklamówka pomogła? Tak czy siak płyta zaczyna się zabawnym "My friend Joe is a crazy bitch" i trzyma poziom od początku do końca przedstawienia. Bo to teatr jest jakich mało! Wszystkie utwory są świetne, ale chciałbym jeszcze szczególnie wyróżnić "Nuclear Skies" ze względu na genialną aranżację i chórki. Zespołowi gratuluję, że się wybił, Peugeotowi gratuluję gustu i czekam na więcej takich dźwięków. Tym bardziej w reklamach!



cocorosiego.jpg

COCOROSIE - Grey Oceans (2010)

Jest to już piąte (od 2004 roku) wydawnictwo sióstr Casady (jeśli liczyć również EP-kę "Beautiful Boyz") i jednocześnie pierwszy album wydany w stajni "Sub Pop" (po bankructwie wytwórni "Touch And Go"). Jak już wcześniej pisałem, muzyka ta zainteresuje głównie zwolenników klimatów w stylu Bjork, Mum, Sigur Ros itp. Nic się w tej kwestii nie zmieniło. Amerykańskie siostry o indiańskich korzeniach, mieszkające w Paryżu. Niezły kompot. Wciąż mamy do czynienia z lekką dozą szaleństwa, jakiejś takiej dziecięcej naiwności i niebywałych wręcz zestawień dźwięków (elektronika, indiańskie bębny, cymbałki, fortepian, beat techno, barwa głosu mocno retro itd.). Osobiście uważam, że ta płyta trzyma poziom poprzedniej, a może nawet jest trochę lepsza. Pomimo, że muzyka zdecydowanie alternatywna, mamy tu kilka przebojowych utworów (z "Lemonade" na czele). Mi najbardziej "wpadł w ucho" utwór tytułowy "Grey Oceans" z piękną partią fortepianu i "bjorkowym" wokalem. Ciekawostką jest wplecione w utwór "Undertaker" 40-letnie nagranie głosu matki sióstr CocoRosie śpiewającej w języku Czirokezów. Dobra robota, piękna muzyka. Trzymam kciuki za dobre wyniki pod skrzydłami nowej wytwórni!



petergabrielback.jpg

PETER GABRIEL - Scratch My Back (2010)

Dosyć długo przyszło czekać na kolejny solowy album Petera Gabriela (w 2008 roku ukazał się cd Peter Gabriel & Friends - "Big Blue Ball" z muzyką świata, po drodze piosenka do filmu "WALL-E" i tyle o Peterze ostatnio było słychać). "Scratch My Back" otrzymałem w prezencie od Żonki - w wersji rozszerzonej - 2-płytowej :) Jest to płyta z coverami. Co ciekawe, planowana jest druga część, do której "coverowani" artyści w rewanżu nagrają utwory Petera. Kolejna ciekawostka: aranżacje (wyłącznie klasyczne instrumentarium bez perkusji). Muszę przyznać, że głos Petera ma na takim tle jeszcze większą moc. Każdy z utworów to perełka, począwszy od otwierającego "Heroes" (Davida Bowie), aż po "Street Spirit" (Radiohead). Mnie osobiście najbardziej rozłożyły na łopatki: "Mirrorball" (Elbow), "The Power Of The Heart" (Lou Reed'a), "The Book Of Love" (z córką Melanie, kawałek autorstwa The Magnetic Fields) oraz "Philadelphia" (Neil'a Young'a). Uważam, że płyty koniecznie trzeba słuchać na słuchawkach - wrażenia niesamowite i nic nie umyka. "Scratch My Back" szybko okrzyknięto najnudniejszą płytą Gabriela. Myślę jednak, że to gruba przesada. Kwestia podejścia. Materiał naprawdę zacny - warto liznąć choćby wyrywkowo. W końcu to tylko płyta z coverami ;)



shackett.jpg

STEVE HACKETT - Out Of The Tunnel's Mouth (2009)

Po raz kolejny możemy powrócić do świata 12-strunowych gitar oraz niesamowitych harmonii wokalnych Steve'a Hackett'a. Kiedy usłyszałem "Emerald and Ash" w radiowej Trójce - wiedziałem już, że będzie to płyta, która pochłonie mnie całkowicie. Nie mogłem się jej doczekać! A na płycie to, co lubię najbardziej - czyli alternatywa na maksa. Rozbudowane formy, zwroty akcji, zmiany klimatów. Piękno i magia. Steve twierdzi, że komponowanie nie sprawia mu żadnego problemu, bo wszystkie melodie mu się po prostu śnią... Budzi się i zapisuje. Wydaje mi się, że to słychać. Utwory faktycznie sprawiają wrażenie wyrwanych z innego świata. Więcej nie wypada o tej płycie opowiadać. Proszę koniecznie posłuchać.



mew.jpg

MEW - No More Stories Are Told Today I'm Sorry They Washed Away
No More Stories The World Is Grey I'm Tired Let's Wash Away (2009)

Jest to już trzeci album duńskiego zespołu. Przyznam, że odkryłem ich dopiero teraz, a dwóch poprzednich wydawnictw ("Frengers" i "And the Glass Handed Kites") póki co niestety nie słyszałem. Z lekka szalona okładka, z deka przydługi tytuł płyty (ciekawe do kogo należy rekord długości tytułu oficjalnie wydanego longplaya) - wszystko to jakieś takie... dziwne. Pierwszy utwór "New Terrain" jest jeszcze dziwniejszy. Dźwięki puszczane od tyłu zaczynają jednak z każdą sekundą nabierać kształtów, by eksplodować w fascynujące rockowe dziwadło. Podobnie jest z "Introducing Palace Players", który wkurza na początku swoim połamanym rytmem, a chwilę później pochłania bez reszty. Do końca płyty jest już tylko piękniej i jeszcze piękniej ;) Płyta idealna, by się totalnie oderwać od rzeczywistości. Uspokaja, hipnotyzuje i nastraja optymistycznie. Inteligentne, dyskretne gitarki, basik, wyeksponowana perkusja, jakieś cymbałki, dzwonki, mandolinki, a to ktoś zaklaszcze w ręce w odpowiednim momencie, a to chórek młodziaków zaśpiewa... Milusio. Najgłębiej wpadł mi w ucho utwór "Silas The Magic Car", choć pozostałe są równie genialne. Szczytem wredoty jest stosowanie porównań w przypadku tak dobrej kapeli, no ale nie wytrzymam i powiem: dla mnie Mew jest jak skrzyżowanie Sigur Ros z The Shins. Dawno nie słyszałem czegoś równie dobrego! Gorąco polecam!



toriamossin.jpg

TORI AMOS - Abnormally Attracted To Sin (2009)

Oficjalna notka o płycie głosi, że jest ona "niczym wspaniały bukiet wyhodowanych w domu warzyw, ofiarowany ludziom wychowanym na tanim fastfoodzie". I w zasadzie mógłbym w tym momencie życzyć smacznego, bo wszystko już zostało świetnie opowiedziane ;) No dobra, to nie będzie fastrecenzja. Wiadomo, że każda płyta Tori to spore wydarzenie. Bedziemy też prawdopodobnie mogli zobaczyć wokalistkę na dwóch koncertach w Polsce (październik 2009). Cieszy fakt, że płyta jest długa (17 utworów). Cieszy również fakt, że jak zwykle trzeba płycie Tori poświęcić dużo czasu by odkryć wszystkie jej muzyczne walory. W porównaniu do poprzednich albumów jest chyba - takie odnoszę wrażenie - więcej gitar. Weźmy na tapetę np. uroczy utworek "500 Miles". Uroiło mi się przez moment, że chyba tu sam Mike Olfield we własnej osobie gościnnie występuje, ale nie. To tylko charakterystyczna dla niego zagrywka. Płytę promuje "Welcome To England" - dość typowy dla Pani Amos numer. No i taki jest cały album. Trochę mroczny, trochę optymistyczny. Tradycyjnie bardzo dobry i wymagający od słuchacza maksymalnej uwagi. Tradycyjnie też zyskuje z każdym kolejnym przesłuchaniem.



dmsounds.jpg

DEPECHE MODE - Sounds Of The Universe (2009)

Hmmm... Dźwięki wszechświata? Chyba raczej dźwięki z przeszłości ;) Ale to nie zarzut. Naprawdę podoba mi się ten powrót DM do korzeni. Pomimo zastosowania starych syntetycznych, na wskroś *oldskulowych* brzmień, o dziwo brzmi to wszystko zaskakująco świeżo. Z drugiej strony trochę tęskno za ostrzejszymi rockowymi numerami. Dziwna to płyta. Raz może nużyć, a innym razem pochłonąć całkowicie. Na pierwszy plan wysuwa się oczywiście Dave i jego wokal. Znak firmowy Depeszów, w świetnej formie na dodatek. Oprócz utworu "Jezebel", bo tutaj zaśpiewał Martin, co ciekawe - z korzyścią dla utworu. Klimatycznie to wyszło. Cała płyta, jak już wspominałem, muzycznie oparta jest na schemacie "syntezator goni syntezator", a niektóre efekty-szpecjalne wywołują uśmiech na twarzy. Ale taki sympatyczny :) Drugim "Violatorem" "SOTU" raczej nie jest. Na dłużej pozostają w głowie (przynajmniej mi) "Peace" (murowany hicior), "Jezebel" (klimat, Martin), "Fragile Tension" (baaardzo retro), no i oczywiście "Wrong" (w zasadzie strong "WRONG!!!" i radio wybuchło, bo to singiel promujący płytę był). Dobra płyta, ale w poczet arcydzieł depeszowskich nie wejdzie, bo po prostu brak jej powera ("WRONG!!!"), a większość utworów nie rozwinęła skrzydeł ("WRONG!!!"). Ale co ja tam wiem ("WRONG!!!").



alternative.jpg

GABA KULKA - Hat, Rabbit (2009)

Co za genialny rok dla polskiej muzyki! Nie przypominam sobie, kiedy ostatnio tak często biegałem do sklepu po polskie płyty! Zwłaszcza polskich wokalistek. Z muzyką Gaby Kulki zetknęłem się już dosyć dawno i już wtedy wiadomo było, że mamy tu w Polsce skarb na miarę takich wokalistek jak Tori Amos, czy Kate Bush (wiem, że porównania tendencyjne, ale co zrobić, Gaba po prostu JEST polską TORI BUSH i musi się z tym pogodzić, hehe). Poziom płyty jest na tyle ambitny, że muszę jej jeszcze wiele razy posłuchać, by to wszystko ogarnąć. Płytę promują "Niejasności" - super kawałek z fajowym teledyskiem. Szkoda tylko, że Gaba tak często używa języka Szekspira - zdecydowanie wolę ją w polskojęzycznych numerach (pamiętacie "Laleczkę"?). No ale co tam, może zdobędzie uznanie zagramanicy ;) Reasumując - fantastyczny wokal, muzyczna alternatywa, świetne teksty. Doskonała rozgrzewka w oczekiwaniu na nowy album Tori Amos ;)



alternative.jpg

RENI JUSIS - Iluzjon cz.I (2009)

Lubię Reni od zawsze i na wieść, że nagrywa płytę w nowym stylu, baaardzo się ucieszyłem. A faktycznie w nowym stylu. Mamy tu fortepian, wibrafon, melotron, cymbały, nawet kultowe organy Hammonda. Rozmach i bogactwo dźwięków naprawdę imponujące. Mówi się o wręcz pinkfloydowskich wzorcach. I słusznie. Mnie rozbroiły zupełnie gitary hawajskie, które usłyszymy dość często na tym albumie. Piękne piosenki, niebanalne teksty - typowe dla Reni - chwytające za serce melodie. Staszek Soyka to musi być nieźle zajęty facet - występuje gościnnie na płytach chyba u wszystkich ;) Tu strzelił taką wokalizę, że po prostu padłem :) ("Ostateczne starcie"). Najpiękniejsze moim zdaniem na płycie są: "Osiem minut" (duet z genialną Gabą Kulką), "Nie umiem już kochać" (z Tomkiem Makowieckim) oraz "Kurtyzana". Ale pozostałe są równie dobre! Brawo Reni! Tytuł albumu pozwala mieć nadzieję na część drugą ;) Czekam niecierpliwie! Dla mnie to jest polska płyta roku, jak na razie.



alternative.jpg

PATI YANG - Faith, Hope and Fury (2009)

Kolejny, trzeci już solowy album wokalitki, znanej również z formacji FlyKiller - i to nie tylko u nas, ale i (a może przede wszystkim) zagramanicą. Jeśli komuś brakuje trip-hopu i solidnej dawki energii, to jak najbardziej polecam. Takie "The Boy In Your Eyes" czy "Timebomb" mogą nawet zawojować listy przebojów (moim skromnym zdaniem). W "Coming Home" gościnnie zagrał na fortepianie Stanisław Soyka. Podobno płyta jest najbardziej popowym wydawnictwem wśród muzycznych dokonań Pati, ale jakże ambitnym. Polska cena - światowa jakość!



alternative.jpg

OPETH - Watershed (2008)

Zacznę od tego, że z zespołu odeszło dwóch typa i mamy nowego perkusistę oraz gitarzystę. Mam wrażenie, że brzmienie jest potężniejsze. Na dzień dobry sama słodycz ("Coil") i chyba pierwszy w historii Opeth duet wokalny z babeczką. Fani growlu Mikaela spluną z obrzydzeniem, ale jak dla mnie, to bardzo ładna balladka, a i zaproszona babeczka ( Nathalie Lorichs, raczej chyba nie gwiazda szwedzkiego rapu, whatever ) wypadła zacnie. Ckliwa balladka przeradza się w burzę ( "Heir Apparent"). Takiego szaleństwa na płycie Opeth nie było chyba od "Deliverance". Mało tego - szaleństwo osiągnęło chyba kolejny stopień zaawansowania. Kopara i szacun. Nie ma już w tym momencie wątpliwości, że zaczęliśmy słuchać dzieła wybitnego. Ciężko myśleć logicznie będąc trzepniętym w łeb drugim kawałkiem po tak milusim wstępie, ale tutaj już miałem czerwoną lampę, że to może być najlepsza płyta Opeth. Kopara co chwilę, zmiana tempa co chwilę, perkusyjno-gitarowy majstersztyk co chwilę. Mówiłem o koparze co chwilę ? "The Lotus Eater" to kontynuacja poprzedniego czachogniota. Gniecenie czachy powoli przeistacza się znowu w opethowe kółko balladowe. Nagle niezłe zdziwko, jazzowe wręcz zagrywki ! Czapa spadła. Oni są po prostu genialni. I znowu młyn. Kolejny na płycie "Burden" znowu przyprawi ekstremistów o swędzenie palucha ( skip, next, whatever ), bo to znów jest / za przeproszeniem / ballada. I znów mi się / za przeproszeniem / bardzo podoba ! A te rozmowy solówek z lewego i prawego kanału stereło - po prostu piękne! Zwłaszcza jak już padły sobie w objęcia, by zabrzmieć razem. Pod koniec utworu ( tu się zgodzę z ekstremistami ) mamy ekstremalnie durny pomysł, by grać na gitce akustycznej, kręcąc jednocześnie pokrętełkami i śmiać się ( Mikael himself ) z rozstroju ( żołądkowego ). A może pomysł wcale nie taki durny ? Tylko progresywny ? Hmmm... "Porcelain Heart". Dobre opethowe granie. Potężnie i lżej na zmianę. Mamy tutaj riffy, które na długo zapamiętamy ( podobnie jak te z "Heir Apparent" ), ale również instrumenty dęte ( fagot ? ) - powiało klasyką :) Kolejny na płycie - bardzo ciekawy "Hessian Peel" w kołyszącym tempie ( i znowu te fagociki - fleciki ). Klimaty niczym na "Damnation", ale chłopaki pod koniec znowu przywalą. Album w wersji standardowej zamyka utwór "Hex Omega". Równie zróżnicowany, co poprzedni. Może nawet jeszcze bardziej. Opeth powinien robić soundtracki do filmów S-F. Takich z zacięciem horrorowym ;) I tutaj powinien być koniec, ale jest jeszcze coś takiego jak "wersja kolekcjonerska", wbogacona kolejno o kawałki: "Derelict Herds", "Bridge Of Sighs" i "Den Standiga Resan" ( cover kawałka Marie Fredriksson - tak, tak - tej z Roxette! ). Ponadto na 300 przedpremierowo zamówionych płytach znajduje się kawałek "Mellotron Heart", będący lajtowym nawiązaniem do "Porcelain Heart". Tym, którzy kupią wersję standardową bez klimy i poduszek nie pozostaje nic innego, jak poszukać tych bonusowych cudeniek w naszej kochanej przestrzeni...



czeslaw.jpg

CZESŁAW ŚPIEWA - Debiut (2008)

Czesław Mozil - zawodowy akordeonista, człowiek, który żył sobie do tej pory w Danii, powrócił na stare śmieci i robi karierę nad Wisłą. Piosenka "Maszyna do świerkania" jest chyba najczęściej obecnie granym polskim kawałkiem w naszych stacjach radiowych i okupuje czołówki list przebojów. Do utworu tego powstał genialny teledysk. Muzyka kojarzy się z Beirut, kabaretem, piosenką aktorską i cholera wie czym jeszcze. Rozpiętość gatunkowa jest dość spora, od rocka z wykopem do klimatów lirycznych. Teksty - baśniowe, dziecinne nieco, napisał Michał Zabłocki wraz z przypadkowymi internautami w projekcie "Multipoezja". "Ale głowę zostawiam na stole, bo bez głowy na miasto iść wolę". Niby proste rymowanki, a w towarzystwie muzyki Czesława brzmi to wszystko naprawdę powalająco. "Bo zupa była za słona, źle zasłonięta zasłona. Ptaszek nieco za mały i robił sąsiadkom kawały." Komedia miesza się z dramatem, rock z folkiem. Dużo się tu dzieje. Ach! Te "Oldfieldowe" chórki damskie! ("Rozmiary się stara - o rozmiary się stara"). Jestem zachwycony. Brawo Czesiu! :)



riversidesecond.jpg

RIVERSIDE - Second Life Syndrome (2005)

Oto kapela, której ostatnio należy się najwyższy podziw i szacunek! Na dodatek z Polski! Na dodatek mamy do czynienia z progresywnym rockiem! Na dodatek na światowym poziomie! Już debiutancki album Riverside z 2004 roku - "Out Of Myself" został doceniony, ale dopiero "Second Life Syndrome" przyniósł polskiemu zespołowi rozgłos i chwałę na całym świecie. Dziś Riverside stawia się na równi z takimi potęgami progresywnego grania, jak chociażby Porcupine Tree, Anathema, czy Opeth. Trzeba przyznać, że karierę chłopaki robią zawrotną. I pomyśleć, że debiutacką płytę wydali i promowali własnymi siłami! Nagrania powalają pięknem i energią, a także znakomitą realizacją. Brzmienie jest po prostu wzorcowe. Podobnie jak w przypadku Opeth, Riverside doskonale operuje kontrastami, momentami spokojnymi i wręcz metalowymi, przeplatając je cudownymi eterycznymi solówkami gitary. Nastroju dopełniają świetne syntezatory w tle. Zespół przyznaje się, że największą inspiracją jest dla nich Porcupine Tree i to chyba słychać. Na szczęście nie jest to w żadnym wypadku powielanie pomysłów Stevena Wilsona. Riverside kroczy własną drogą i na pewno sprawi nam jeszcze wiele wiele radości.


NASTĘPNA STRONA >>

SKOK DO STRONY: 1 2 3 4 5 6 7


WSZYSTKIE RECENZJE:

cetera.jpg bowie_blackstar.jpg lucian_freud.jpg gilmour_rattle.jpg riverside_love.jpg steven_wilson_hand_cannot_erase.jpg joydee_and_tosh.jpg bjork_vulnicura.jpg opeth_pale_communion.jpg sarah_shine_on.jpg oldfield_motr.jpg anathema_ws.jpg jamie_cullum.jpg anathema.jpg dcd.jpg granda.jpg jonsigo.jpg heritage.jpg patiyang.jpg irrepressibles.jpg cocorosiego.jpg petergabrielback.jpg shackett.jpg mew.jpg toriamossin.jpg dmsounds.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg czeslaw.jpg riversidesecond.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg alternative.jpg